Marta odwróciła twarz od kołyszących się szalek. Wzrok jej przylgnął teraz do widoku, na który dotąd nie zwracała uwagi. Był to widok bardzo prosty. Z dwóch stron podłużnego stołu siedziało pięciu młodych mężczyzn, od lat piętnastu do dwudziestu pięciu, z delikatnymi narzędziami w ręku. Jedni z nich szlifowali i polerowali drogie kamienie różnej wielkości; inni topili złoto przy małych płomykach liżących brzegi żelaznych trójnożków; jeden rysował wzory łańcuszków, bransolet, brosz, kolców, kopert do zegarków i tym podobnych kunsztownych wyrobów. Marta wlepiała wzrok w każdą z kolei parę rąk poruszających się przy podłużnym stole. Oczy jej, zagasłe przed chwilą, zaczęły płonąć silnym ogniem. Odmalowała się w nich gorączkowa ciekawość, chciwa nieledwie żądza. Przez parę minut takiego patrzenia dostrzegła więcej szczegółów jubilerskiej sztuki, pojęła lepiej rodzaj jej i naturę, niżby kto inny w innych okolicznościach zostający dostrzec i pojąć mógł w przeciągu długich godzin.
— Proszę pani dobrodziejki — ozwał się zza stołu jubiler — obrączka pani dobrodziejki warta jest rubli srebrem trzy i pół.
Na głos ten Marta odwróciła twarz od robotników i szybko przystąpiła do stołu, za którym stał jubiler.
— Panie! — rzekła. — Wszakże panowie ci są pańskimi pomocnikami?
— Tak, pani — zdziwiony trochę niespodzianym pytaniem odpowiedział jubiler.
— I pańskimi uczniami zapewne...
— Tak, pani, po części i uczniami.
Marta błyszczący wzrok zatapiała głęboko w twarzy stojącego przed nią człowieka.
— Czy nie możesz pan przyjąć mnie za uczennicę swą i pomocnicę?
Małe oczy jubilera roztworzyły się szeroko.