— Panią! Panią! — wyjąkał. — Jakże to... dlaczego to... ależ to...

— Tak, mnie — powtórzyła kobieta pewnym gło­sem. — Jestem bez żadnego sposobu do życia... widzę, że robota jubilerska nie ma w sobie nic, co by przechodziło me siły, owszem, zdaje mi się, że spełniałabym ją dobrze, ponieważ trzeba tu dobrego smaku, a ja kiedyś miałam możność wyrobić go w sobie... Wprawdzie musiałbyś pan mię uczyć z początku, ale nie trwałoby to długo... ręczę panu, że pracowałabym usilnie i pojętnie... przyjęłabym zresztą zapłatę najmniejszą, choćby jakąkolwiek... jaką­kolwiek...

Jubiler ochłonął ze zdziwienia. Zrozumiał już, o co szło kobiecie, która przyniosła mu do sprzedania obrączkę ślubną. Niskie jego czoło zmarszczyło się jednak dość wy­raźnie, bystre oczy migotały zmieszaniem.

— Widzi pani dobrodziejka — zaczął — ja właściwie uczniów w sklepie moim nie miewam; ci panowie są już usposobieni, wyuczeni...

Marta spojrzała w stronę stołu, przy którym siedzieli robotnicy. Jeden z nich, ten, który rysował, wstał wła­śnie i wyszedł do sąsiedniego pokoju.

— Umiem rysować — rzekła Marta. — To jest — po­prawiła się szybko — umiem rysować o tyle, aby móc wy­konywać dla jubilerskich wyrobów odpowiednie wzory.

Wymawiając te słowa z rodzajem gorączkowego po­śpiechu, postąpiła ku podłużnemu stołowi i usiadła na miejscu tylko co przez jubilerskiego rysownika opuszczo­nym. Młodzi ludzie przy stole pracujący usunęli się nieco z krzesłami, przerwali swą robotę i patrzyli na zasiadającą śród nich kobietę ze zdziwieniem połączonym z ironią. Bez ironii, ale z wielkim także zdziwieniem patrzał na nią jubiler. Ona nie zważała na nic, nie widziała. Pochwyciła ołówek i na ćwiartce białego papieru, którą przed sobą znalazła, rysować zaczęła. Cisza zupełna panowała w skle­pie. Na pochyloną twarz kobiety występował rumieniec, pierś jej oddychała powoli i głęboko, ręka pewnym ru­chem, bez najmniejszego drżenia, rzucała na papier lek­kie, krótkie lub powłóczyste rysy.

Rysownik, który przed chwilą wyszedł był do sąsied­niego pokoju, wracał do sklepu, ale ujrzawszy miejsce swe zajętym, zatrzymał się w progu. Był to dwudziestotrzyletni może mężczyzna, starannie ubrany, z ufryzowa­nymi włosami i wymuskanym wąsikiem. Zapuścił ręce w kieszenie, oparł się niedbale o róg ściany i z uśmiechem na ustach zamieniał wzrokiem z towarzyszami żartobliwe znaki porozumienia.

— Ależ, pani dobrodziejko... — ozwał się zniecierpli­wiony trochę jubiler.

— Zaraz, zaraz! — odpowiedziała Marta, nie odrywa­jąc oczu od swej roboty.