Po chwili wstała i podała jubilerowi kartkę, na której rysowała.
— Oto jest wzór na bransoletę — rzekła.
Jubiler wlepił oczy w rysunek. Wzór wykonany był bardzo pięknie. Składał się z wieńca szerokich, kształtnych liści, spiętych klamrą okrągłą, gładką, dwoma tylko krętymi łodygami oplecioną.
Bransoleta według wzoru tego wykonana łączyłaby w sobie dwie główne zalety podobnego rodzaju wyrobów: prostotę i wykwintność.
— Ładnie! Nie ma co powiedzieć! Bardzo ładnie! — mówił jubiler, przechylając głowę na obie strony i z miną zadowolonego znawcy przyglądał się rysunkowi.
— Ładnie! Bardzo ładnie! — powtórzył, ale tym razem trochę zmieszany. — Rysunki pani mogłyby mi być bardzo użytecznymi, ale... ale...
Umilkł i biedząc się widocznie nad stosownym wypowiedzeniem swej myśli, potarł dłonią gęstą swą, szpakowatą czuprynę.
Młody człowiek stojący we drzwiach uśmiechał się ciągle.
— O mój Boże — wymówił, wzruszając ramionami — jeżeli pan wstrzymujesz się z przyjęciem tej pani na rysowni... jakże tu powiedzieć... no, na rysownicę...
Siedzący przy stole piętnastoletni chłopak parsknął śmiechem. Młody człowiek z ufryzowanymi włosami mówił dalej: