— Jeżeli tedy wstrzymujesz się pan od spełnienia żą­dania tej pani przez wzgląd na mnie, nie rób sobie, pro­szę, żadnej subiekcji. Wiesz pan przecie, że i bez tego nie będę już pracował u pana dłużej nad parę tygodni, mam pewność bowiem, że w tym czasie otrzymam posadę w biurze budowniczego miasta Warszawy...

Mówił to z trochą ironii i z zupełną niedbałością. Znać w nim było człowieka, dla którego sklep jubilera był tyl­ko stacją na drodze ku miejscom wyższym i zyskowniej­szym.

— Tak, tak — rzekł jubiler. — Wiem o tym, że pan opuścisz mię wkrótce... ależ nie mogę przecie...

— Ile pan płacisz temu panu? — wpadła mu w mowę Marta.

Jubiler wymienił cyfrę zapłaty, jaką codziennie udzie­lał ufryzowanemu młodzieńcowi.

— Poprzestanę na połowie zapłaty tej — rzekła ko­bieta.

Tym razem jubiler obydwoma już dłońmi potarł czu­prynę.

— Aj, aj! — zawołał, przechodząc od jednego stołu do drugiego. — Toż mi pani dopiero klina wbijasz w głowę.

Spojrzał mimochodem na wyrysowany przez Martę wzór bransolety.

— Ładnie! Nie ma co mówić! Bardzo ładnie!