— Aj, aj! — powtórzył, a sprytne oczy jego biegały niespokojnie po sklepie. Widocznie walczył z sobą, czyli walczyły w nim chęci posiadania dobrej i bardzo taniej pracownicy z obawą wprowadzenia do zakładu niebywałej dotąd nowości.
Stanął na środku sklepu i patrząc na swych pomocników wymówił pytającym tonem:
— Ha? Co?
Prawdopodobnie lakoniczne pytania te zadawał samemu sobie, ale niby z widomą odpowiedzią spotkał się oko w oko z czterema twarzami siedzących przy stole robotników. Na twarzach tych malowało się trochę zdziwienia, ale daleko więcej szyderstwa. Co zaś do młodzieńca z ufryzowanymi włosami, ten zaśmiał się prawie głośno i jakby w intencji wyśmiania się do woli cofnął się z poskokiem do sąsiedniego pokoju.
Czego ludzie ci uśmiechali się i śmiali?
Trudno by na to odpowiedzieć, a raczej długo by o tym mówić. Jubiler wszakże w uśmiechach tych znalazł znać potwierdzenie obaw swych i wstrętów. Obu rękami uczynił gest wyrazisty i patrząc na Martę, zawołał:
— Ależ, pani dobrodziejko! Pani dobrodziejka jesteś kobietą!
Wykrzyk ten był w zupełności dobrodusznym. Zadźwięczał w nim nawet żal przemysłowca, który dla względów nieobchodzących go bezpośrednio tracił dobry interes.
Marta uśmiechnęła się.
— Jestem kobietą — rzekła. — Tak, to prawda. I cóż stąd? Umiem rysować wzory...