— No, tak! Tak! — trąc czuprynę i siadając pomiędzy pomocnikami swymi, zawołał jubiler. — Ale widzisz pani, byłaby to rzecz nowa, całkiem nowa... Ja, przyznam się, nie bardzo lubię wszelkich nowości!... Jak pani widzisz, pracują tu u mnie młodzi ludzie... świat jest złośliwy... rozumiesz pani?
— Rozumiem — przerwała Marta. — I dziękuję panu za objaśnienia, które nie są dla mnie żadną nowością. Czy nabywasz pan moją obrączkę?
— Nabywam, pani dobrodziejko, nabywam...
Zerwał się z krzesła, pobiegł do innego stołu, wysunął szufladkę i stał nad nią przez chwilę trochę zamyślony.
— Oto są pieniądze — rzekł, podając kobiecie dwie asygnaty.
Marta skinęła głową i zmierzała ku drzwiom. Od progu już zwróciła się twarzą ku jubilerowi.
— Mówiłeś mi pan, że obrączka moja warta rubli trzy i pół, a dałeś mi cztery. Otrzymałam tedy pół rubla nadto.
— Ależ, pani dobrodziejko — wyjąkał jubiler. — Myślałem... sądziłem... chciałem... pani dobrodziejka wyrysowałaś mi wzór...
— Rozumiem — przerwała Marta — i dziękuję panu!
Któryż to już raz od czasu, gdy od drzwi do drzwi ludzkich ciągać poczęła biedę swą i gwałtowne potrzeby, w zamian żądanej pracy otrzymała jałmużnę?