Marta, opuściwszy sklep jubilera, nie płakała, nie przy­śpieszała i nie zwalniała kroku.

Bez łzy, bez uśmiechu i bez westchnienia szła prosto ku swemu mieszkaniu krokiem równym, wciąż jednostaj­nym.

Przed godziną myślała, że po otrzymaniu pieniędzy za sprzedaną obrączkę kupi dziś jeszcze drzewa dla lepsze­go ogrzania na noc izby, wiktuałów dla sporządzenia dzie­cku posilnej potrawy. Nie spełniła jednak tych zamiarów swoich, nie poszła do sklepiku z wiktuałami, można by rzec, że albo zapomniała o wszystkim na świecie, albo nie miała siły zajść dalej lub odwagi pójść gdzie indziej, jak tylko do tej wysoko wzniesionej, nagiej i zimnej nory, która była jej mieszkaniem. Do dnia tego, ile razy wra­cała do domu, biegła zawsze śpiesznie po wschodach; te­raz wstępowała na nie powoli, parę razy potknęła się o stromy stopień nie widząc go śród zapadającego zmro­ku lub nie widząc nic przed sobą. Niema i zimna jak grób weszła do izby, przelotne tylko spojrzenie rzuciła na skur­czoną przed kominem dziewczynkę, nie przemówiła do niej, zdjęła z głowy chustkę i przystąpiła do leżącego na ziemi posłania. Oczy jej szklano patrzały w przestrzeń.

— Wyrzutek społeczeństwa! — szepnęła, osunęła się na ziemię i legła nieruchoma, z twarzą ukrytą w podusz­kę, z rękami splecionymi nad głową.

Jancia przypełzła raczej niż przyszła ku miejscu, na którym spoczęła milcząca jej matka, usiadła u nóg posła­nia, chudymi, zziębniętymi ramionami otoczyła swe pod­niesione kolana i oparła na nich ciężącą widocznie małą główkę.

Milczenie głębokie zalegało izbę, tylko za oknem, nisko, na szerokiej przestrzeni szumiało i gwarzyło wielkie mia­sto, głuche, falujące odgłosy swych gwarów posyłając w to miejsce, w którym opuszczone, zda się, przez Boga i lu­dzi kamieniały w objęciach niedoli i z wolna wyziewały ducha — kobieta i dziecię.

Marta leżała na twardej pościeli w nieruchomości ka­miennej, bez żadnej myśli w głowie, bez żadnego innego uczucia, jak śmiertelne zmordowanie. Praca, umiejętnie podejmowana i sprawiedliwie wynagradzana, jest najdzielniejszym, jedynie może dzielnym, higienicznym środkiem przeciw chorobom ciała i ducha. Ale nic tak szybko i do dna nie wyczerpuje sił fizycznych i moral­nych, jak rzucanie się na różne drogi pracy, gorączkowe szukanie jej i rozpaczne nieznajdowanie.

Marta nie widziała już teraz przed sobą żadnej drogi. Była wprawdzie jedna, zawsze dla niej otwarta, ale ta za­prowadziłaby ją tam, do owego mieszkania przy Królew­skiej ulicy, i kazałaby jej kobiecie owej ze zwiędłym czo­łem i rozwianymi włosami powiedzieć: „Wracam! Mówi­łaś prawdę! Nie jestem człowiekiem, jestem rzeczą!”. Ale w piersi młodej kobiety były instynkty, uczucia, wspom­nienia, które ją od drogi tej odwracały, które ją dla niej uniemożebniały. Nie myślała też o niej, tak jak nie my­ślała w tej chwili o niczym. Nagle usłyszała, jakby przez sen, chrapliwy, zanoszący się kaszel. Odgłos ten wstrzą­snął ją dreszczem i w jednym oka mgnieniu wyrwał z ka­miennej nieruchomości. Zerwała się na posłaniu i usiadła wyprostowana:

— Czy to ty kaszlałaś, Janciu?

— Ja, mamo!