Mężczyzna w bogatym futrze popatrzył na nią chwilę i wzruszył lekko ramionami.

— Moja pani! — rzekł sucho. — Czy nie wstydzisz się żebrać? Jesteś młoda i zdrowa, możesz pracować!

Wyrzekłszy to zwrócił się ku palisandrowemu stołowi, na którym leżały kobierce i stały srebrne kosze.

Kupiec z uśmiechem na ustach rozwijał jeden jeszcze kobierzec. Ciągnęli dalej przerwaną rozmowę.

Ciemna postać kobieca stała wciąż u drzwi, jakby za­klęła ją siła jakaś złowroga i niezmożona. Złowrogo też w istocie wyglądała w tej chwili twarz jej i postać. Słowa, które usłyszała, były kroplą przepełniającą tę czarę jado­witych wpływów, z której piła od tak dawna. Kropla ta spadła w głąb jej piersi z siłą narkotyku wyprężającego nerwy, oślepiającego myśl, ogłuszającego sumienie. „Mo­żesz pracować!”. Czyż człowiek, który wyrzekł te słowa, mógł choćby w części wiedzieć, jakie znaczenie szyderskie, niemiłosierne posiadały one w stosunku do tej kobiety, która zmordowała śmiertelnie ducha, sterała siły ciała w daremnych próbach pracowania? Która utraciła szacunek dla samej siebie, przed samą sobą rozsypała się w proch nikczemny dlatego, że pracować nie mogła? Człowiek ten nie mógł wiedzieć o tym. Postępek jego z tą kobietą nie mógł służyć złym świadectwem o mierze do­broci i litości zawartej w jego sercu. Bardzo być może, iż był dobrym i litościwym, iż otwarłby dłoń hojną przed bezsilnym kalectwem, zgrzybiałą starością, obalającą cho­robą. Ale kobieta, która wyciągnęła ku niemu rękę żeb­rzącą, była młoda i niedotknięta fizycznym kalectwem żadnym, choroba nie wybiła się na jej zewnętrzność wi­dzialnymi dla wszystkich znakami.

O moralnym zaś jej kalectwie, które przywiodło ją przed niego, o trawiącej gorączce, która od tak dawna pa­liła pierś jej stopniowo, w proch i zgliszcza zamieniając najlepsze uczucia człowiecze, obejmowała głowę jej, na­pełniając ją coraz gęstszym, duszącym dymem ciemnych, trujących myśli, on nie wiedział. Nie wiedział, a więc wy­rzekł: „Jesteś młoda i zdrowa, możesz pracować!”. Słowa­mi tymi wypowiadał rzecz całkiem słuszną, a jednak za­razem bezwiednie popełniał niesprawiedliwość okrutną.

Przed kilku miesiącami, przed paroma jeszcze tygodniami może Marta pojęłaby wszystko, co było słusznym i praw­dziwym w zwróconych ku niej słowach mężczyzny. Ale bo też wtedy, jeśliby stanęła przed nim, wołałaby o pra­cę, o nic więcej, tylko o pracę; teraz błagała jałmużny, te­raz w słowach usłyszanych nie usłyszała nic prócz szyder­czej niesprawiedliwości.

Płomienne rumieńce, które miała na twarzy i czole, gdy wyciągnęła rękę, zniknęły bez śladu. Śród śmiertel­nej bladości, jaką pokryły się jej rysy, zapadłe źrenice, czarne i głębokie jak otchłań, paliły się jak wulkany. Wulkan też wybuchnął w piersi jej, podnoszącej się i opa­dającej gwałtownie, wulkan gniewu, zawiści i — pożąd­liwości.

Gniewu, zawiści, pożądliwości? Możeż to być, aby Marta, to dziecię cichej, uroczej zagrody wiejskiej, ta niegdyś szanowana małżonka, szczęśliwa matka, ta prawa istota, która za cenę życia spełniać nie chciała pracy, do której nie czuła się zdolna, aby ta energiczna robotnica, w pocie oblicza i boleści serca szukająca po wszystkich drogach ziemi uczciwego kawałka chleba, aby ta dumna dusza wyciągająca niegdyś dłonie do Boga z błaganiem, aby usunął od niej dolę żebraczą, stać się mogła pastwą tych okrutnych, piekielnych, w piekło złych żądz i czynów wiodących uczuć?

A jednak mogło tak być. Niestety, niestety! Nie tylko mogło, ale musiało, musiało mocą niezłomnej, wiekuiście loicznej i w loiczności swej niczym na ziemi zmącić się niedającej natury człowieczej. Ona nie była bezcieles­nym aniołem, nie była napowietrznym ideałem, którego nie dotykają i nie obalają podmuchy wichrów ziemskich, dla­tego że go nie ma na ziemi. Ona była człowiekiem, a w na­turze człowieczej, jeżeli są szczyty wyniosłe, na których rozwijają się rozum, cnoty, poświęcenia, bohaterstwa, są także i dna przepaściste z przyczajonymi w ciszy i milczeniu gadami groźnych pokus i ciemnych instynktów. Nie należy żadnej istoty ludzkiej mordować tak śmiertel­nie, wstrząsać tak gwałtownie, aby poruszyć się w niej mogło to dno tajemnicze z zaczajonymi na nim w milcze­niu zadatkami występków. W naturze człowieczej są po­tęgi olbrzymie, ale są także bezmiary niemożności. Nale­ży każdą istotę ludzką obdarzać miarą praw i oręży, ści­śle odpowiednią mierze ciążących nad nią obowiązków i odpowiedzialności, inaczej bowiem nie uczyni ona, nie przetrwa tego, nie ostoi się przed tym, co uczynić i przetr­wać, przed czym ostać się nie będzie mogła.