Trująca gorycz, od tak dawna kropla po kropli zbiera­jąca się w piersi Marty, podniosła się w niej teraz ogrom­ną falą, a wraz z nią wypłynęły śpiące dawniej głęboko, budzące się potem stopniowo, obudzone teraz całkiem i wściekle miotające się gady pokus i węże namiętności.

Młody pan w bogatym futrze wybierał kobierce, kosze srebrne, porcelanowe wazony i marmurowe posążki. Ku­pował wiele, myślał zapewne o urządzeniu pięknego do­mu, do którego może wprowadzić miał młodą żonę.

On i kupiec pochłonięci byli swym wspólnym zaję­ciem, zapominali o kobiecie w nieruchomości kamiennej i ciszy grobowej stojącej pod ścianą. Ona nie odrywała oczu od ręki kupującego trzymającej duży, gruby pugi­lares napełniony pieniędzmi.

„Czemu on ma tak wiele, a ja nic nie mam? — myśla­ła. — Jakim prawem odmówił mi on jałmużny? Mnie, której dziecko kona w chłodzie i bez ratunku, on, który trzyma w dłoni tak wielkie bogactwo? On skłamał mówiąc, żem młoda i zdrowa! Jestem więcej niż stara, bo przeżyłam samą siebie. Alboż wiem, gdzie się podziała dawna Marta? Jestem chora okropnie, bo bezsilna jak dziecko... Dlaczegóż ludzie wymagają, abym żyła o wła­snej sile, skoro mi jej nie dali? Dlaczegóż mi nie dali siły, skoro jej teraz wymagają ode mnie? On jest jednym z krzywdzicieli moich, jednym z dłużników! Powinien dać!”

Myśli kobiety tej były okropnie, bezrozumnie niesłusz­ne, a jednak zarazem i względnie do niej samej jakże ko­nieczne, jakże zrozumiałe! Rodowodem ich były te same krzywdy, te same koleje, te same bezsilności z jednej strony, a odpowiedzialności i potrzeby z innej, które zro­dziły wszystkie szalone doktryny, wybuchające w świecie od czasu do czasu pożogą i mordami, wszystkie wściekłe namiętności, które powstałe z braku sprawiedliwości tra­cą same jej zmysł i z krzywdy zrodzone zadają krzywdy.

— A więc — mówił pan kupujący — trzysta złotych kobierzec, a pięćset te kosze, wazon porcelanowy dwie­ście i...

Wyjmował pieniądze, aby należną sumę wypłacić kup­cowi, nagle zatrzymał się.

— A! — zawołał. — O mało nie zapomniałem! Miałeś mi pan dać tę grupę brązową i tamtą oto...

Kupiec poskoczył, uśmiechnięty, usłużny.

— Czy tę? — zapytał.