— A w którą stronę pobiegła?
— W tamtą — rzekł przechodzeń jakiś, który słyszał słowa kupca, zatrzymał się przed sklepem i wskazywał w stronę Nowego Światu. — Spotkałem ją; cała w czerni, leciała jak szalona, nic nie widząc przed sobą; myślałem, że wariatka!
— Trzeba ją schwytać! — mówił kupiec do rewirowego.
— Naturalnie, proszę pana! — zawołał człowiek z żółtą blachą, poskoczył naprzód i krzyknął donośnie. — Hej! Ludzie! łapajcie! Tam, ku Nowemu Światu pobiegła złodziejka!
Drzwi sklepu zamknęły się, młody pan z uśmiechem wymawiał kupcowi, że dla tak małej straty jego tyle sobie zadał kłopotu.
Ulica zaś przedstawiała po kilku sekundach scenę gwarną i tłumną.
Jak błyskawica przerzyna chmury, tak kobieta ubrana w czerni przeszywała tłumy przechodniów pędząc na oślep, zda się, w stronę Nowego Światu. Prawdopodobnie nie wiedziała ona, w którą stronę biegła ani w którą biec jej należało; była nieprzytomna, na wpół obłąkana. W tej chwili resztą myśli świadomej siebie żałowała może, iż popełniła czyn haniebny, ale już go popełniła i ogarniał ją przestrach szalony. Wiedziona instynktem zachowawczym uciekała od ludzi, a oni byli za nią, przed nią, wkoło niej; zdawało się jej zapewne, że bieg szybki, ślepy, bezpamiętny zaniesie ją, kędy ich nie będzie...
Spotykający ją, potrącani przez nią przechodnie oglądali się za nią zrazu ze zdziwieniem i przestrachem, usuwali się jej nawet z drogi, przypuszczając w niej obłąkanie lub gwałtowną jaką potrzebę pośpiechu. Wkrótce jednak rozległ się po ulicy wyraz:
— Łapajcie!
Wnet za nim zabrzmiał inny: