Umilkła nagle i osłupiały wzrok utkwiła w przeciwle­głej ścianie, bo Ludwika Żmińska powstała.

— Przykro mi to bardzo — zaczęła z wolna gospodyni domu — ale nie mam obecnie na widoku żadnego miej­sca, które by dla pani odpowiednim być mogło...

Skończyła i stała z rękami założonymi na surowym staniku popielatej sukni, oczekując wyraźnie pożegnania. Ale staruszka siedziała jak przykuta do miejsca, ruchliwe dotąd ręce jej i oczy znieruchomiały, blade usta za to roz­tworzyły się i drgały nerwowo.

— Żadnego! — wyszeptała po chwili. — Żadnego! — powtórzyła i sztywna, niezależną jakby od niej samej mo­cą poruszona, z wolna podniosła się z krzesła.

Nie odchodziła jednak. Teraz dopiero powieki jej na­brzmiewały, blade źrenice zaszły szklistą powłoką. Oparła trzęsącą się dłoń na poręczy krzesła i rzekła z cicha:

— Może potem... może kiedykolwiek potem... będzie jakie miejsce...

— Nie, pani, przyrzekać nie mogę — jednostajnie zaw­sze grzecznie i sztywnie odrzekła gospodyni domu.

Przez parę sekund zupełne milczenie panowało w po­koju. Nagle po zmarszczonych policzkach starej kobiety popłynęły dwa strumienie bujnych, obfitych łez. Nie wy­dała jednak żadnego głosu, nie wymówiła ani jednego słowa, skłoniła się gospodyni domu i szybko opuściła po­kój. Wstydziła się może łez swych i pragnęła ukryć je co najprędzej, albo może do miejsca innego, lecz podobnego temu, jakie opuszczała, śpieszyła z nową nadzieją po no­wy zawód...

Teraz Marta została sam na sam z kobietą, która roz­strzygać miała kwestię spełnienia lub upadku najdroż­szych dla niej nadziei, najusilniejszych pragnień. Nie czu­ła się przelękniona, tylko głęboko smutna.

Sceny, które od kilku chwil przesuwały się przed jej oczami, wywarły na umyśle jej silne wrażenie, tym sil­niejsze, że całkiem nowe. Nie była przyzwyczajona do widoku ludzi szukających zarobku, upędzających się za kęsem chleba, nie odgadywała, nie przeczuwała nigdy, aby gonitwa ta zawierała tyle w sobie niepokojów, udręczeń, zawodów. Praca zjawiała się w wyobraźni Marty, ilekroć dotąd myślała o niej, w postaci czegoś, po co nachylić się tylko trzeba, aby osiągnąć przedmiot upragniony. Tu, na pierwszej zaraz stacji nieznanej tej drogi, zaczynała do­myślać się rzeczy strasznych, niemniej jednak nie drżała, upewniała siebie w myśli, że ją, kobietę młodą i zdrową, starannie kiedyś wychowywaną przez najlepszych rodzi­ców, ją, towarzyszkę człowieka rozsądnego i umysłową pracą zarabiającego sobie na życie, spotkać nie może los podobny temu, jaki spotkał tę biedną, smutną dziewczy­nę, którą spotkała na wschodach, i tę stokroć nieszczę­śliwszą jeszcze staruszkę, która odeszła przed chwilą z dwoma strumieniami łez opływającymi zmarszczone policzki.