Ludwika Żmińska zaczęła od pytania, od którego zwy­czajnie znać zaczynała rozmowy ze zjawiającymi się kan­dydatkami na nauczycielskie posady:

— Pani trudniłaś się już nauczycielstwem?

— Nie, pani; jestem wdową po urzędniku zmarłym przed kilku dniami. Teraz dopiero po raz pierwszy pragnę rozpocząć zawód nauczycielki.

— A! Więc posiadasz pani może świadectwo ukończe­nia którego z wyższych naukowych zakładów?

— Nie, pani; wychowałam się w domu.

Słowa te dwie kobiety zamieniały ze sobą po francu­sku. Marta wyrażała się w języku tym poprawnie i z łat­wością, wymowa jej nie była jak najdoskonalsza, ale nie raziła żadnymi osobliwszymi uchybieniami.

— Jakichże przedmiotów pani możesz i życzysz sobie udzielać?

Marta nie zaraz odpowiedziała. Rzecz dziwna, przyszła tu z zamiarem wyjednania dla siebie miejsca nauczyciel­ki, ale nie wiedziała dobrze, czego właściwie nauczać mo­gła i chciała. Nie była przyzwyczajona do rachowania się z posiadanymi zasobami umysłu, wiedziała tylko o tym, że to, co umiała, było zupełnie wystarczającym dla kobiety zostającej w tych położeniach, w jakich ona zostawała, dla córki szlacheckiej, dla żony urzędnika. Nie czas jednak był namyślać się długo; pamięci Marty nasunęły się natu­ralnie te przedmioty, nad którymi w dzieciństwie praco­wała najwięcej, które stanowiły tło ukształcenia jej i jej rówieśnic.

— Mogłabym dawać lekcje muzyki i francuskiego języka — rzekła.

— Co do drugiego — odparła gospodyni domu — uwa­żam, iż pani posiadasz wymowę francuską dość biegłą i poprawną, a chociaż nie jest ona jeszcze wszystkim, cze­go potrzeba dla możności nauczania, to jednak pewna je­stem, iż pani i gramatyka, i pisownia, i może nieco pi­śmiennictwo francuskie obcymi nie są... Co do muzyki... racz pani przebaczyć... ale muszę znać stopień artystycz­nego jej wykształcenia, ażeby znaleźć sposób odpowied­niego dlań zużytkowania.