Na blade policzki Marty wystąpiły rumieńce. Wycho­wała się w domu, nie zdawała nigdy egzaminów żadnych przed nikim, nie produkowała się nawet przed światem, bo w kilka miesięcy po ślubie, zamknąwszy kupiony jej przez męża fortepian, otwierała go zaledwie parę razy, i to wtedy zawsze, kiedy gry jej słuchały tylko cztery ściany ładnego jej saloniku i drobniutkie uszki Janci, skaczącej na kolanach piastunki w takt muzyki matczy­nej. A jednak żądanie właścicielki informacyjnego biura nie miało w sobie nic takiego, co by obrażać powinno, za­sadzało się na tym prawidle prostym i powszechnie w świecie pracujących przyjętym, że aby powiedzieć coś o cenie i właściwościach przedmiotu, trzeba go naprzód obejrzeć, zważyć i tak dopasować, kędy on okaże się po­trzebnym i stosownym. Rozumiała to Marta, podniosła się z fotela i zdjąwszy rękawiczki przystąpiła do forte­pianu. Tu stała chwilę z oczami spuszczonymi na klawia­turę. Przypominała sobie panieński swój repertuar muzyczny i wahała się pomiędzy kompozycjami, które da­rzyły ją niegdyś pochwałą nauczycielki i uściskami ro­dziców. Usiadła i rozmawiała jeszcze wciąż ze swoją pa­mięcią, gdy drzwi otworzyły się z łoskotem, a od progu ozwał się głos kobiecy, ostry i przenikający:

Eh bien! Mame! La comtesse arrive-t-elle à Varsovie30?

Ze słowami tymi wpadła raczej, niż weszła do pokoju kobieta żwawa, przystojna, ciemnej płci, średniego wzro­stu, w oryginalnym płaszczyku z pąsowym kapiszonem, jaskrawo odbijającym przy głębokiej czarności włosów i śniadości cery. Czarne połyskliwe oczy przybyłej obie­gły szybko pokój i spotkały się z postacią kobiety siedzącej przy fortepianie.

Ah, vous avez du monde, madame! — zawołała. — Continuez, continuez, je puis attendre31!

Mówiąc to rzuciła się w fotel, oparła głowę o tylną poręcz, skrzyżowała nogi, przez co ukazała bardzo zgrab­ne stopy, obute w ładne buciki, i zakładając ręce na piersi, ciekawy, przenikliwy wzrok utkwiła w twarzy Marty.

Na policzkach młodej wdowy wzmogły się rumieńce, nowy świadek popisowej gry jej nie ujmował przykrości jej położenia. Ale Ludwika Żmińska zwróciła ku niej gło­wę z tym szczególnym zajęciem i wyrazem twarzy, które zdają się mówić: „Czekamy!”

Marta zaczęła grać. Grała la Prière d’une Vierge. W porze, w której uczyła się muzyki, młode panny gry­wały powszechnie la Prière d’une Vierge, tę tkliwą kompozycję, której tony w całość pełną melancholii zle­wały się z wnikającymi przez okna księżycowymi promie­niami i ulatującymi z piersi dziewiczymi westchnieniami. Ale salonik informacyjnego biura oświetlony był jasnym, trzeźwym blaskiem dziennym, westchnienia kobiety gra­jącej la Prière d’une Vierge nie były takimi westchnie­niami, które lecą „w nadziemskie krainy” lub na ów łan zielony, kędy pędzi „konik wrony”, ale takimi, które tłu­mione, spychane na dno piersi wciąż się jednak podnoszą, wlewając w ucho kobiety-matki prosty, ziemski, pospo­lity, trywialny, a jednak tragiczny, groźny, natarczywy, rozdzierający wykrzyk:

„Chleba! Zarobku!”

Wąskie brwi Ludwiki Żmińskiej zsunęły się bardzo nieznacznie, przez co jednak fizjonomia jej stała się wię­cej jeszcze chłodna i surowa, jak była wprzódy; po śniadej twarzy Francuzki rozpartej w fotelu mknęły roje figlar­nych uśmiechów. Marta czuła sama, że gra źle. Nie rozu­miała już dziś tej wiązanki czułych tonów, która niegdyś wydawała się jej melodią anielską; palce jej utraciły wprawę i plątały się po klawiszach, nie zawsze na właści­we trafiając, myliła się w pasażach, cisnęła zbytecznie pedał, opuszczała całe takty, zatrzymywała się i szukała po klawiaturze drogi, którą gubiła.

Mais c’est une petite horreur qu’elle joue là32 — za­wołała Francuzka półgłosem wprawdzie, ale wykrzyk jej usłyszała i Marta.