W chwili gdy Maria Rudzińska wchodziła do salonu, postawa młodego człowieka tego była co najmniej osobli­wa. Stał on twarzą zwrócony do zamkniętych przez go­spodynię domu drzwi gabinetu, z postacią w tył nieco od­giętą, rękami wzniesionymi w górę, ze wzrokiem utkwio­nym w suficie. Teatralnej postawie tej towarzyszył wy­raz twarzy, oznaczający również teatralne i wielce ko­micznie wyglądające zachwycenie.

— Olesiu! — napominającym tonem wymówiła Ma­ria — Cóż to znowu za niedorzeczność?

— Bogini! — półgłosem, nie zmieniając postawy ni wyrazu twarzy, wymówił młody człowiek. — Bogini! — powtórzył i wzdychając na sposób bohaterów komedii, opuścił w dół głowę i ręce.

Maria nie mogła powstrzymać się od uśmiechu. Wzru­szyła jednak ramionami i z robotą w ręku siadając na so­fie, rzekła tonem lekkiej wymówki:

— Zapomniałeś przywitać się ze mną, Olesiu!

Na te słowa młody człowiek poskoczył i kilka poca­łunków złożył na ręku gospodyni domu.

— Przebacz, Maryniu, przebacz! — mówił tym samym wciąż co pierwej patetycznym tonem. — Byłem tak za­chwycony! Och!

Usiadł na krześle obok młodej kobiety i przycisnąw­szy dłoń do serca, podniósł znowu wzrok na sufit. Maria patrzała na niego tak, jak się patrzy na rozswawolone dziecko.

— Jakież znowu dziwactwo zajechało ci do głowy? — spytała po chwili, siląc się widocznie na powagę, lecz nie mogąc w zupełności ukryć uśmiechu. — Czy to w drodze do mego domu spotkałeś tę nową jakąś boginię, która cię w taki zachwyt pogrążyła? Boję się doprawdy bardzo, aby na cały już dzień nie pozbawiła cię ona rozsądku.

— Okrutna jesteś, Maryniu, z tym twoim rozsąd­kiem — z nowym westchnieniem wymówił młody czło­wiek. — W twoim to właśnie domu ujrzałem tę piękność...