Przy ostatnim wyrazie z przesadzonym gestem wskazał na drzwi gabinetu. Maria wydawała się na wpół rozśmieszona, na wpół zdziwiona.
— Jak to? — rzekła. — Więc to o nowej nauczycielce Jadzi mówisz?
— Tak, kuzynko — przybierając nagle poważną minę odparł młody człowiek. — Mianuję ją królową wszystkich bogiń moich...
— Ale gdzieżeś ją widział, wietrzniku?
— Przychodząc do ciebie, dowiedziałem się w przedpokoju, że jesteś zajęta rozmową z nową nauczycielką swojej córki. Nie chciałem ci przeszkadzać i wszedłszy drzwiami od kuchni zajrzałem przez portierę... Żart na stronę jednak — mówił dalej — cóż to za piękna osoba! Jakie oczy! Co za włosy! Wzrost królewski!
— Olesiu! — z lekką niechęcią przerwała gospodyni domu. — Jest to widocznie nieszczęśliwa jakaś kobieta: nosi żałobę po mężu...
— Młoda wdówka! — podnosząc znowu oczy w górę, zawołał młody człowiek. — Nie wiesz może o tym, kuzynko, że nie ma na ziemi milszych istot jak młode wdówki... naturalnie wtedy, gdy są ładne... twarz blada, oczy sentymentalne... Uwielbiam blade twarze i sentymentalne oczy u kobiet.
— Bredzisz! — wyrzekła Maria, wzruszając ramionami. — Gdybyś nie był moim ciotecznym rodzonym bratem i gdybym nie wiedziała, że pomimo całej twej pustoty jesteś w gruncie dobrym chłopcem, mogłabym znienawidzić cię doprawdy za to dziwne lekceważenie kobiet...
— Lekceważenie! — zawołał młody człowiek. — Ależ, kuzynko, ja uwielbiam kobiety! Są to boginie serca mego i życia...
— Boginie, które liczysz na tuziny.