Ostatnie wyrazy wymówił z prawdziwą czułością w głosie. Wziął przy tym rękę siostry i przycisnął ją do ust.

— No — rzekł patrząc jej w oczy — co to takiego, co cię tak martwi? Powiedz...

W tej chwili człowiek ten wiekuistego śmiechu wyglą­dał na chłopaka dobrego i szczerze do siostry swej przy­wiązanego. Toteż Maria przyjaźnie nań spojrzała.

— Wiem, że masz dobre serce, Olesiu, i że smutek mój martwi cię szczerze. Rada bym ci powiedzieć go, ale lę­kam się wywołać twe żarty.

Oleś wyprostował się i dłoń do serca przyłożył.

— Mów śmiało, siostro! — wyrzekł. — Słuchać cię będę z powagą księdza siedzącego w konfesjonale i z uczuciem brata, dla którego ty nieraz byłaś dobrym aniołem spowiednikiem... Słuchać cię będę z gotowością na wszyst­ko... jeśli ci się zachciało drzewka śpiewającego lub ptasz­ka gadającego, pójdę po nie za góry i morza... Jeżeli Jadziunię nózia lub buzia zabolała, zwołam wnet wszystkich doktorów, jacy tylko w Warszawie śpią i jedzą... Jeśli cię kto obraził... wyzwę na pojedynek lub... lub kijem obłożę, a że to wszystko zrobię i wykonam, przysięgam na wszyst­kie piękne oczy wszystkich moich bogiń... na pamięć lat dziecinnych z tobą, Mario, spędzonych, na okurzone ścia­ny mego biura i na komórki serca mego, w których jedna z twoją, siostro, krew płynie!

Kiedy młody człowiek mówił to wszystko, kameleono­wa natura jego okrywała mu twarz i postać tak rozliczny­mi i szybko mieniącymi się barwami pustej trzpiotowatości, serdecznego uczucia, przesadnej emfazy i rzeczy­wistej gotowości do poświęceń, że Maria czuła widocznie ochotę i do gniewu, i do śmiechu, i do uściśnienia ręki te­mu wietrznikowi, który jednak przypominał jej lata dzie­cinne wspólnie z nim spędzone i jedną krew w ich żyłach płynącą.

— Nie jest to zresztą rzecz tak nadzwyczajnie waż­na — rzekła po chwili wahania się. — Nic takiego, co by wpłynąć mogło na los mój lub bliskich mi osób. Ale żal mi strasznie tej biednej kobiety, która w tej chwili jest tam, za tymi drzwiami...

— A! Więc to o czarnooką boginię chodzi? No! Chwała Bogu! Odetchnąłem swobodniej... Myślałem już dopraw­dy, że jakie nieszczęście...

— Jest to w istocie nieszczęście, tylko nie nas tyczące się, ale jej...