— Nieszczęście, doprawdy? No, to chyba i ja pożałuję już trochę interesującej tej wdówki. Ale i cóż jej stać się mogło? Czy nieboszczyk mąż przyśnił się? Czy...

— Daj pokój z żartami, Olesiu! Jest to, jak widzę, nie­szczęśliwsza kobieta, niż zrazu sądziłam... biedna, a po­dobno50 nic nie umie...

Oleś szeroko oczy roztworzył.

— Nic nie umie! I to całe nieszczęście! Ha, ha, ha! Beau malheur ma foi51! Taka młoda i ładna...

Umiklł nagle, bo pąsowa portiera uchyliła się i do sa­lonu weszła Marta. Weszła, postąpiła parę kroków i sta­nęła z ręką opartą o poręcz fotela. Była w tej chwili bar­dzo piękna. Ciężka jakaś walka, ostatnia może chwila dłu­go w piersi jej toczącej się walki okryła blade policzki jej żywym rumieńcem; przed minutą lub dwiema w przy­stępie wielkiej jakiejś boleści zapuścić musiała ręce w czarną gęstwinę swych włosów, bo dwa ich pasma kru­cze i kędzierzawe opadały teraz na czoło jej, głęboką bla­dością posępnie niemal odbijające od rumieńców opływających policzki. Gdy stanęła z pochyloną nieco głową i na wpół spuszczonymi oczami, postawa jej nie wyrażała ani wahania się, ani znękania, tylko głęboki, ostateczny namysł.

Dość było jednego na nią spojrzenia, aby odgadnąć, że ważyła się ona w tej chwili na coś, co posiadało dla niej wagę ogromną, na krok jakiś, którego uczynić nie mogła bez wielkiego wysilenia, bez skupienia wszystkich władz swej woli. Podniosła na koniec głowę i postąpiła ku go­spodyni domu.

— Lekcja już ukończona? — ozwała się Maria, która przy wejściu młodej wdowy powstała i siliła się na uśmiech swobodny.

— Tak, pani — zniżonym nieco, ale pewnym głosem odpowiedziała Marta — skończyłam dzisiejszą lekcję z panną Jadwigą i przyszłam, aby oznajmić pani, że była ona ostatnią. Nie mogę dłużej uczyć córki pani...

Na twarzy Marii Rudzińskiej malowały się: zdziwie­nie, smutek i zmieszanie. Ostatnie było najsilniejszym. Serce dobrej kobiety nie pozwoliło jej wobec dobrowol­nego tego zrzeczenia się wymówić słowo, o wymówieniu jednak którego myślała sama od dawna.

— Pani nie będziesz już uczyła córki mojej? — wymó­wiła Maria, jąkając się. — Dlaczego, pani?