Gdy właścicielka biura wymawiała te słowa, Marta bacznie na nią patrzała. Oczy jej, smutne, zamyślone, lecz spokojne, szukały może na twarzy niemłodej kobiety te­go błysku rozrzewnienia i życzliwości, jaki zjawił się na niej, gdy była tu po raz pierwszy, ale Żmińska była tym razem niewzruszona, chłodna i urzędowa. Marcie przyszły na myśl słowa przed dwoma miesiącami z ust jej usły­szane:

„Kobieta wtedy tylko utorować sobie może drogę pra­cy, zdobyć byt niezależny i położenie szacunek nakazują­ce, jeśli posiada wyłączny jakiś talent lub doskonałą jaką umiejętność.”

Marta żadnego z warunków tych nie posiadała; właści­cielka informacyjnego biura, raz już zawiódłszy się na niej, poznawszy szczupły zasób jej wiadomości, małą do­niosłość jej uzdolnienia, uważała ją widocznie za klientkę bardziej natrętną i kompromitującą niż jakąkolwiek ko­rzyść zakładowi jej obiecującą. Tam zaś, gdzie zjawiało się codziennie kilka lub kilkanaście osób w tym samym położeniu, w jakim ona była, zostających, z tymi samymi prośbami na ustach, z takim samym niedostatecznym za­sobem w głowie, o trwałym współczuciu ze strony osoby, która je przyjmowała, i mowy być nie mogło.

Marta pojęła, że kariera jej w zawodzie nauczyciel­skim stanowczo skończona została, że gdziekolwiek z żą­daniem swym udałaby się teraz, przejrzano by naprzód towar wiedzy przez nią przynoszony, a przekonawszy się o podrzędnym jego gatunku, odprawiono by ją z niczym lub zepchnięto w szeregi czekające długo na zarobki ma­leńkie. Ona poprzestałaby zapewne na zarobku małym, ale czekać długo nie mogła.

Z ulicy Długiej idąc na Świętojerską Marta jedną tyl­ko myśl miała w głowie:

„Jakże nierozsądna byłam, jak nie znałam świata i sie­bie samej wtedy, gdym owego pierwszego wieczoru po zamieszkaniu w nędznej izbie myślała, że trzeba mi tylko pójść oświadczyć się z chęcią pracowania, aby zostać przy­jęta w szeregi pracujących. Oto idę teraz z ulicy w ulicę, od jednego domu do innego i szukam... A jednak... gdybym umiała!...”

Maria Rudzińska spotkała przychodzącą do niej z we­sołą twarzą, uścisnęła gorąco jej ręce i uprzedzając pyta­nie rzekła:

— Pismo, którego mąż mój jest współpracownikiem, a po części i współredaktorem, potrzebowało właśnie oso­by umiejącej rysować. Oto jest szkic narysowany przez znanego u nas rysownika, którego skopiowanie pani powierzonym zostało. Co do opłaty, zależeć już ona będzie całkiem od zalet pracy pani; ta, którą wykonasz teraz, ma być próbą stanowiącą o zamówieniach dalszych.

Blady promień grudniowego słońca, przebijając się przez las gzymsów i zasłony murów, ozłacał małe okienko poddasza i ślizgał się po czarnej powierzchni stołu, nad którym siedziała Marta z oczami utkwionymi w leżący przed nią rysunek. Było tam tylko parę drzew rozłoży­stych, kilka gęstych krzewów, w cieniu ich siedząca pięk­na postać kobieca i parę uśmiechniętych główek dziecię­cych, wychylających się zza uplotów gałęzi. Na najdal­szym planie w niepewnych już, ale wdzięcznych zarysach ukazywał się domek wiejski z werandą oplecioną bluszczem i wybiegająca zza niego droga, której szlak kręty i mgłą przysłoniony rozpływał się i niknął w oddaleniu. Była to kompozycja prosta, jedną ze scen codziennego wiejskiego życia przedstawiająca, ale wykonana biegłą i natchnioną ręką utalentowanego rysownika, stanowiła piękne, acz drobne dzieło sztuki. Od wiejskiego domku, czterema swymi prostymi oknami wdzięcznie spoglądają­cego na widza, i smukłej postaci kobiecej, w pełnej roz­kosznego zaniedbania postawie siedzącej pod cieniem drzewa, do figlarnych twarzyczek dziecięcych, przeglądających zza uplotu różanych gałęzi, i krętego szlaku dro­gi, rozpływającego się śród mgły i przestrzeni, wszystko tu nosiło na sobie piętno szczęśliwie pochwyconej i dobrze uwydatnionej charakterystyki, zachwycało oko, budziło wyobraźnię, skłaniało myśl do porównań i odgadywań. Wyborna poprawność i przedziwna lekkość rysunku szła tu w parze z poetycznością pomysłu, uwydatniając i pod­nosząc jego zalety. Natchnienie i znajomość techniki za­równo dopisały artyście w chwili, gdy lekką, a zarazem pewną siebie ręką rzucał na papier tę wiązkę linii, z któ­rej powstała całość pełna głębokiego uczucia, prostego wdzięku i cichej harmonii.

Techniczne zalety rysunku nie od razu przecież przy­kuły do siebie uwagę Marty; siłą wspomnień i tragiczno­ścią kontrastu pochwyciła ją naprzód myśl kompozycji. Z wiejskiego domu, z drzew cienistych i krzewów gałęzistych, z twarzy młodej matki, ścigającej wzrokiem falu­jące za przeczystą gęstwiną ruchy dwóch drobnych po­staci dziecięcych, trysnęły ku młodej kobiecie wspomnie­nia zalewające pierś jej falą uczucia bolącą i razem roz­koszną. I ona także żyła kiedyś w takiej cichej, kwiecistej, cienistej ustroni, deptała lekką stopą puszystą murawę, zrywała róże z chylących się ku niej gałęzi krzewów i z drobnymi rękami pełnymi wonnego kwiecia biegła ku takiej werandzie, takim jak tu bluszczem ocienionej, śród czterech okien rozgrzanych upalnym słońcem rozwiesza­jącej namiot zielony, pod chłodną i orzeźwiającą osłonę gotowy przyjąć ukochane dziecię domu!