— Adamie! — ozwał się w tej chwili głos gospodyni domu. Maria Rudzińska powstała i zbliżając się do stołu, przy którym toczyła się rozmowa, patrzała na męża z wy­razem prośby w oczach, na słuchającą go kobietę z żalem i trwogą. Marta zrozumiała obawę dobrej kobiety. Pod­niosła głowę i rzekła pewnym głosem:

— Pani! Ja pragnę usłyszeć całą, całą prawdę. Z krót­kich dotąd doświadczeń moich przekonałam się o wielkiej słuszności tego, co mąż jej powiedział przed chwilą: nic materialnie i moralnie szkodliwszym nie jest dla człowie­ka, jak nieznanie własnych zasobów, z którymi przycho­dzi do wrót społecznego życia, jak częste mylenie się na samym sobie...

Maria usiadła przy stole, Marta zwróciła wzrok na Adama Rudzińskiego, który mówił dalej:

— Sztuka posiada różne stopnie, znajomość jej ludzie nabywają dla różnych celów. Dość niski nawet stopień artystycznego wykształcenia dostatecznym jest, aby do­starczyć posiadającemu go człowiekowi pewną sumę przy­jemności, którą upiększa, urozmaica on chwile życia so­bie i otaczającym. Pobieżna ta znajomość sztuki, owładanie drobną częścią wiadomości o niej i środków ku jej wcieleniu służących nazywa się dyletantyzmem artystycz­nym, posiada pewne dodatnie znaczenie w salonach, a choćby w salonikach, zgadza się z bytem zamożnym, co najmniej dostatnim, zaprawiając go pewną dozą wdzięku, poezji, świąteczności wrażeń i zajęć. Dyletantyzm ten jednak, jakkolwiek niepozbawiony całkowicie stron szla­chetnych i pożytecznych, jakkolwiek dość szerokie miej­sce zajmujący w duchowej ekonomice ludzkości, nie może być niczym innym jak dodatkiem, przyozdobieniem życia, wdzięcznym wzorkiem rzuconym na osnowę istnienia dla ubarwienia jej i urozmaicenia. Budować na nim byt fi­zyczny, owijać wkoło niego przędzę ducha tak długą, jak długim jest życie ludzkie — niepodobna i nie godzi się. Niepodobna, gdyż z przyczyny niekompletnej wynikać nie może skutek kompletny; nie godzi się, gdyż to, co oddaje światu drobną i wielce cząstkową przysługę, nie po­siada prawa rościć do świata pretensji o przysługę wza­jemną, tak ważną i zupełną, jaką jest byt fizyczny i spo­kój moralny. Ponad dyletantyzmem artystycznym do­piero, w wysokościach, o których częstokroć ten najlżejszego nie ma wyobrażenia, istnieje — artyzm, siła potężna, kompletna, z rozwiniętego do ostatecznych granic, prawidłowo ukształtowanego, przyrodzonego talentu i gruntownej, szerokiej wiedzy złożona. Dyletantyzm jest zabawką życia — artyzm tylko może być dlań opoką. Mo­że on być dla życia opoką, fizyczny byt zarówno jak mo­ralny podpierającą. Ale w dziedzinie sztuki, jak nauki, jak rzemiosła, ten otrzymuje najwięcej, kto w dzieła swe, społeczności ofiarowywane, wkłada największy kapitał czasu, pracy, umiejętności i wprawy. Tu, jak gdzie indziej, istnieje konkurencja, żądanie i ofiara stają naprzeciw sie­bie, przyglądają się sobie i ważą się wzajemnie; tu, jak gdzie indziej, stopień dobrobytu robotnika zostaje w pro­stym stosunku ze stopniem doskonałości wyrobów. W dziedzinie sztuki, tak jak w każdej innej dziedzinie ofiarującej pole dla pracy ludzkiej, człowiek zdobyć może dostateczne, niekiedy świetne warunki bytu, zdobyć je przecież może wtedy tylko, jeśli posiada talent nie tylko przyrodzony, ale wykształcony, jeśli nie jest dyletantem tylko, ale artystą.

Wypowiedziawszy to wszystko, Adam Rudziński po­wstał i z uszanowaniem skłaniając się przed Martą, dodał:

— Przebacz pani, że mówiłem tak długo. Nie mogłem jednak rozmowy mej z nią zawrzeć w kilku słowach. Lę­kałem się, abyś pani nie przypuściła, iż ci, którzy moimi usty odrzucają jej pracę, powodują się kaprysem lub uprzedzeniem jakim, które by w tym razie było niemal występkiem. Rysunek pani nie odpowiada potrzebom pi­sma, któremu miał służyć. Nie jest on dość poprawnym ani dość dokładnym, nie powtarza dostatecznie myśli i charakterystyki pierwowzoru. Twarz młodej matki, na przykład, rysowana była przez panią z widocznym uczuciem i zamiłowaniem, a jednak jakże rysy jej wydają się mglistymi w porównaniu z wyrazistością, którą im nadał umiejętny i wprawny rysownik. Jakże wskutek mglistości tej wiele ubyło wyrazowi tych oczu, ścigających porusze­nia ukochanych im istot, charakterowi tej głowy, podanej nieco naprzód, z gotowością niby wydania ostrzegającego lub pieszczotliwego wykrzyku. Drzewo to, tak bogato na wzorze rozwijające gałęzistą swą gęstwinę, wygląda tu ubogo i chorobliwie; droga wybiegająca zza domu, którą artysta umyślnie orzucił mgłą tajemniczości, na rysunku pani całkiem prawie osłonięta zbyt grubymi pociągami ołówka, staje się dla oka patrzącego zagadkowym prawie, niezrozumiałym, czarnym szlakiem. Zrozumiałaś pani pomysł artysty, wniknęłaś weń i polubiłaś go; jest to wi­docznym, niemniej przecież widocznie przy każdym szcze­góle, przy każdym pociągnięciu ołówka łamałaś się pani z techniką sztuki i nie przełamałaś trudności, jakie ci ona stawiała; nie przeniknęłaś jej zagadnień, ponieważ w ręku swym nie posiadałaś dostatecznych środków umiejętności, wprawy... Oto jest cała prawda, którą wypowiadam z po­dwójnym smutkiem. Jako znajomy pani żałuję, żeś pani nie otrzymała pożądanej ci pracy; jako człowiekowi, smut­no mi, żeś pani nie kształciła dostatecznie swego talentu. Posiadasz pani niezaprzeczony talent; szkoda, że nie uczyłaś się więcej, gruntowniej, obszerniej, że uczyć się teraz już jej podobno59 nie sposób60...

Marta powstała, z wolna opuściła splecione ręce i wy­mówiła z cicha:

— Tak, uczyć się teraz już mi nie sposób... Nie mam na to czasu — dodała po chwili, po czym umilkła i stała chwi­lę ze spuszczonymi oczami w milczeniu. Adam Rudziński patrzał na nią z wielkim zajęciem, z trochą podziwu na­wet. Spodziewał się, obawiał się może łez, jęków, wyrzu­tów, mdleń i spazmów, natomiast usłyszał kilka zaledwie słów, wyrażających żal nad niemożnością uczenia się, nad brakiem czasu do uczenia się koniecznego.

Wiotka, delikatna, z wyniosłą postacią i piękną twa­rzą, kobieta ta posiadać musiała wiele energii, skoro po­trafiła bez łzy, bez westchnienia wysłuchać surowego wy­roku, skazującego na śmierć drogą jej nadzieję, przyjąć na barki swe ten niewymowny ciężar niepewności, nie­określoności położenia, jaki po krótkiej uldze spadł na nie znowu. Serce i głowa młodej kobiety bardzo ciężkimi mu­siały być w tej chwili, nie rozpłakała się ona jednak, nie jęknęła, nie westchnęła nawet.

Znać pora jęków głośnych i płaczu nie wstydzącego się oczu ludzkich nie przyszła jeszcze dla niej, duma jej człowiecza nie była jeszcze złamana ani siły starganymi. Wszak stała ona u początku dopiero kalwaryjskiej swej drogi, dwie stacje jej tylko przebyła, dwa razy tylko pło­nęła wewnętrznym wstydem, zadrżała do głębi w poczu­ciu własnej nieudolności.