Posiadała jeszcze dość sił, aby dumą i wolą powścią­gać wybuchy własnych uczuć; nie posiadała dość znajomo­ści samej siebie, aby przestać spodziewać się...

Adam Rudziński uszanował milczący żal ubogiej ko­biety; obcy jej w zupełności, kilka razy zaledwie przez nią widziany, uczuł, że w tej chwili oddalić się powinien. Pożegnawszy Martę, acz pełnym szacunku ukłonem, wyszedł z salonu, ale żona jego wtedy dopiero pochwyciła ręce Mar­ty i ściskając je w swych dłoniach, rzekła pośpiesznie:

— Nie trać nadziei, droga pani! Nie mogę pogodzić się z myślą, abyś tym razem jeszcze opuściła dom mój niepo­cieszona i niezaspokojona w słusznych swych żądaniach. Nie znam przeszłości twej, ale zdaje mi się, iż odgaduję trafnie, sądząc, że ubóstwo zaskoczyło cię niespodzianie, że nie byłaś przygotowana do zajęcia śród społeczności miej­sca pracownicy, dla siebie i dla innych byt zdobywającej...

Marta podniosła nagle oczy na mówiącą.

— Tak — przerwała z żywością — tak, tak...

Spuściła znowu oczy i chwilę milczała. Znać było, że myśl jej uderzona została z nagła uwyraźnieniem tego, co dotąd w nieokreślonych stawało przed nią zarysach.

— Tak — powtórzyła po chwili z mocą. — Ubóstwo i potrzeba pracy zaskoczyły mię niespodzianie. Nic mię nie uzbroiło przeciw pierwszemu, nic nie nauczyło dru­giej. Przeszłość moja była cała ciszą, miłością i zabawą... na burzę i samotność nie wyniosłam z niej nic...

— Okropny los! — wyrzekła po chwili milczenia Ma­ria Rudzińska. — Gdyby przeniknąć go, odgadnąć, zrozu­mieć całą jego okropność mogli wszyscy ojcowie, wszyst­kie matki!...

Powiodła dłonią po oczach i zwyciężając szybko swe wzruszenie, zwróciła się ku Marcie.

— Mówmy o pani — rzekła. — Jakkolwiek z dwóch już dróg, na jakie wstąpić próbowałaś, wytrącił cię brak stosownych do torowania ich narzędzi, nie trać nadziei i odwagi. Zawody nauczycielski i artystyczny okazały się dla pani niestosownymi, ależ praca umysłowa i artystycz­na to jeszcze nie cały zakres działalności ludzkiej, a nawet kobiecej. Pozostaje jeszcze przemysł, handel, rzemiosło. Gdyś pani rozmawiała z moim mężem, przyszła mi do gło­wy myśl szczęśliwa... Znam z bliska właścicielkę jedne­go z najzamożniejszych sklepów bławatnych... byłam z nią nawet parę lat na pensji i odtąd zachowałyśmy pomiędzy sobą stosunki, jeśli nie przyjaźni, to przynajmniej do­brej znajomości. Sklep obszerny, modny i zasobny do usług swych potrzebuje prawdziwej armii komisantów, subiektów itd. Co więcej, nie dawniej jak przed tygod­niem Ewelina D., spotkawszy się ze mną w teatrze, mó­wiła mi, że utraciła teraz jednego z najużyteczniejszych sklepowi jej subiektów i znajduje się z tego powodu w pewnym kłopocie. Czy zgodziłabyś się pani stać w skle­pie za kontuarem, przyjmować gości sklepowych, mierzyć materie, urządzać w oknach wystawy itd.? Miejsca takie bywają bardzo dobrze opłacane. Aby spełniać przywiąza­ne do nich czynności, niczego więcej nie trzeba jak uczci­wości, przyzwoitości układu i dobrego smaku. Czy pojedziesz pani ze mną do Eweliny D.? Przedstawię cię jej, w potrzebie poproszę, namówię...