W kwadrans po wymówieniu słów tych przez Marię Rudzińską dorożka wioząca dwie kobiety zatrzymała się przed jednym z najokazalszych sklepów, przy ulicy Senatorskiej istniejących. Przed drzwiami opatrzonymi w szerokie zwierciadlane szyby stały dwie karety, pięk­nymi bardzo końmi zaprzężone, ze stangretami w liberii na koźle.

Dwie kobiety wysiadły z dorożki i weszły do sklepu. Na odgłos dzwonka zawieszonego u drzwi zza długiego stołu, całkiem prawie przedzielającego sklep na dwie po­łowy, wybiegł młody mężczyzna i z bardzo zgrabnym ukłonem zapytał je, czego żądają.

— Chciałabym widzieć się z panią Eweliną D. — rze­kła Maria Rudzińska. — Czy jest w domu?

— Nie wiem z pewnością — z nowym ukłonem odpo­wiedział młody człowiek — ale natychmiast służyć pani będę odpowiedzią.

Kończąc te słowa, poskoczył ku przeciwległej ścia­nie i przyłożył usta do otworu tuby, prowadzącej na wyż­sze piętra domu głos mówiący na dole.

— Wyszła, ale zaraz wróci — odpowiedziano z góry.

Młody człowiek poskoczył znowu ku dwom niedaleko drzwi stojącym kobietom.

— Raczą panie usiąść — wymówił, wskazując stojącą w rogu sklepu aksamitem obitą kanapkę — albo — dodał, wyciągając rękę w stronę wschodów zasłanych kobier­cem — może na górę...

— Zaczekamy tutaj — odrzekła Maria Rudzińska i wraz z towarzyszącą jej kobietą usiadła na kanapie.

— Mogłybyśmy pójść na górę i doczekać się powrotu pani Eweliny w jej mieszkaniu — półgłosem mówiła Ma­ria do swej towarzyszki. — Zdaje mi się jednak, że dobrze będzie, jeśli przed rozmową z właścicielką sklepu przypa­trzysz się pani zwykłym zajęciom osób sprzedających to­wary i zobaczysz, na czym one polegają.