Widok, jaki oczom dwóch kobiet przedstawiał się w głębi sklepu, niezmiernie był ożywiony. Składało go osiem istot ludzkich głośno i z nadzwyczajnym zapałem mówiących i stosy materii rozwijanych, zwijanych, sze­leszczących połyskiem jedwabiu i wszystkimi barwami tego świata mieniących się i błyszczących. Z jednej stro­ny długiego stołu, całkowicie zakrytego piętrzącymi się jedne na drugich lub rozwiniętymi i falującymi sztukami kosztownych materii, stały cztery kobiety ubrane w atła­sy i sobole, właścicielki zapewne dwóch przed drzwiami sklepu oczekujących karet. Z drugiej strony stołu znajdo­wało się czterech młodych mężczyzn... tak, znajdowało się, niepodobna bowiem dla określenia pozycji, w jakiej zostawali, użyć innego wyrazu jak ten, który określa po­zycje ciał ludzkich wszelkie: stojące, chodzące, skaczące, przeginające się na wszystkie strony, wdrapujące się na wszystkie ściany, rozdające ukłony wszelkich znaczeń i rozmiarów, dokonywające gesty najrozliczniejsze za po­mocą najrozliczniejszych poruszeń rąk, piersi, głowy, ust, brwi, nawet włosów... Te ostatnie, jakkolwiek w zwykłym porządku rzeczy dość poślednią grające rolę w organizmie i powierzchowności człowieka, tu na szczególną zasługi­wały uwagę.

Wypomadowane, wyperfumowane, połyskujące, wo­niejące, w misterne pierścienie poskręcane lub w pełnym znaczenia nieładzie na czoła opadające, stanowiły one arcydzieła sztuki fryzjerskiej i zaraz do bardzo wysokie­go stopnia podnosiły wytworność postaci młodych skle­powych. Być może, iż postacie te nie były z przyrodzenia wielce wytwornymi, znać było nawet, że natura obdarzyła je niepospolitą siłą fizyczną, grubością i jędrnością muskułów, w zupełności upoważniającą do zajęcia się rodza­jem pracy cięższym nieco, mniej wybrednym i przyjem­nym, jak rozwijanie jedwabnych tkanin, przesuwanie w dwóch palcach pajęczych koronek i wywijanie politurowanym, leciuchnym, zgrabniuchnym łokciem. Ramiona ich były szerokie, ręce duże, palce grube, twarze niezbyt nawet młodzieńcze, dojrzałością rysów i bujnością zaro­stu trzydziestkę z górą objawiające. Ale z jakimże pełnym najwybredniejszego smaku wytworem sporządzone były czarne tużurki, szerokie ramiona te obejmujące, jak wspa­niale poniżej bujnych zarostów kolorowe krawaty rozwi­jały motyle swe skrzydła, jak wdzięcznymi gestami poru­szały się te duże muskularne ręce, jakie gustowne, a zara­zem bijące w oczy pierścienie zdobiły te grube palce! Nic na świecie, z wyjątkiem jednego śniegu, prześcignąć nie mogło w białości koszul, puszystymi żabotami i wypukły­mi haftami wzdymających się na ich piersiach, nic na świecie, żadna struna, żadna sprężyna, żadna gutaperczana61 piłka ani gorsetem wykształcona kibić niewieścia iść nie mogła w zawody z giętkością poruszeń ich, sprężysto­ścią poskoków, ruchliwością oczów i doskonałym wyćwi­czeniem języków.

— Kolor Mexique w białe ramaże! — mówił jeden z tych młodych panów, rozwijając przed oczami dwóch kupujących kobiet jedną ze sztuk materii.

— Panie przełożą może Mexique pur! — zawołał drugi.

— Albo gros grains, vert de mer! Jest to ostatniej mody...

— Oto są koronki Cluny do oszycia peplonów i wo­lantów — brzmiał dźwięczny głos męski przy drugim koń­cu stołu.

— Walansieny, alansony, briuże, imitacje, blondy­ny, iluzje...

— Fay koloru Bismarck! Może trochę zbyt światły, zbyt voyant? Oto inny z ramażem czarnym.

Bordeaux, couleur sur couleur! Pani żąda czegoś lżejszego?

Mosambique! Sułtan! Kolor de chair! Wyborny dla brunetek!