Maria Rudzińska szybko powstała.
— Zaczekaj tu pani chwilę — rzekła do Marty — rozmówię się wprzódy sama z właścicielką sklepu, aby w razie odmowy z jej strony nie narażać pani na daremną przykrość. Jeżeli, jak mam nadzieję, wszystko pójdzie dobrze, przyjdę wnet po panią.
Marta z wielką wciąż uwagą przypatrywała się odbywającej się z dwóch stron długiego stołu manipulacji sprzedawania i kupowania. Po bladych jej ustach przesuwał się od czasu do czasu uśmiech: bywało to wtedy, gdy poskoki sklepowych panów stawały się najsprężystszymi, fryzury najruchliwszymi i oczy najwymowniejszymi.
Maria Rudzińska tymczasem przebiegła szybko wschody puszystym zasłane kobiercem, dwie duże sale osławione dokoła oszklonymi szafami i weszła do bardzo pięknie umeblowanego buduaru, w którym po kilku zaledwie sekundach dał się słyszeć szelest szybko sunącej po posadzce jedwabnej sukni.
— Ach! C’est vous, Marie! — zawołał dźwięczny, pieszczony, bardzo mile w ucho wpadający głosik niewieści i dwie białe zgrabne rączki pochwyciły w uścisk obie ręce Marii.
— Usiądźże, moja droga, usiądź, proszę cię! Uczyniłaś mi prawdziwą niespodziankę! Jestem zawsze tak szczęśliwa, gdy cię widzę! Jakże ślicznie mi wyglądasz! A szanowny małżonek twój czy zdrów i zawsze tak wiele pracuje? Czytałam ostatni artykuł jego o... o... nie pamiętam już doprawdy o czym... ale prześliczny! A miluchna Jadzia, czy dobrze uczy się? Mój Boże! Gdzie się to te czasy podziały, kiedyśmy z tobą, Maryniu, uczyły się także razem u pani Devrient! Nie wyobrazisz sobie, jak drogim mi jest wspomnienie tych chwil z tobą na pensji spędzonych!
Zgrabna, wystrojona, trzydziestoletnia przeszło kobieta, z bardzo misternym kokiem z tyłu głowy, bardzo regularnymi, choć nieco już zwiędłymi rysami twarzy i z ruchliwymi czarnymi oczami, ocienionymi brwią czarną i szeroką, wymówiła ten potok wyrazów szybko, bez odetchnięcia prawie, nie wypuszczając z dłoni swych rąk Marii, która usiadła przy niej na kozetce palisandrowej, kosztownym adamaszkiem obitej. Mówiłaby pewno dłużej jeszcze, ale Maria przerwała jej mowę.
— Droga Ewelino! — rzekła. — Przebacz, że skrócę tym razem powitanie moje z tobą i nie wdając się w żadne wstępy, zacznę rozmowę o interesie, który mi bardzo leży na sercu!
— Ty, Maryniu, masz do mnie interes? Mój Boże! Jakże jestem szczęśliwa! Mów, mów co najprędzej, w czym ci mogę być użyteczna! Gotowam63 dla ciebie pójść pieszo na koniec świata...
— O, nie tak wielkiej ofiary żądać od ciebie będę, kochana Ewelino! — zaśmiała się Maria, po czym dodała poważnie. — Poznałam niedawno pewną biedną kobietę, która wzbudziła we mnie bardzo żywe zajęcie...