— Biedną kobietę! — z żywością przerwała właścicielka bogatego sklepu. — Żądasz więc pewno, abym jej w czym pomogła? O, nie zawiodłaś się na mnie, Maryniu! Ręka moja otwarta jest zawsze dla tych, którzy cierpią!
Mówiąc ostatnie wyrazy sięgnęła do kieszeni i wydobywszy z niej spory pugilares z kości słoniowej miała już go otworzyć, ale Maria zatrzymała jej rękę.
— Nie o jałmużnę tu idzie — rzekła. — Osoba, o której chcę ci mówić, nie żąda i nie przyjęłaby może jałmużny... pragnie ona i poszukuje pracy...
— Pracy! — podnosząc lekko czarne brwi powtórzyła piękna pani Ewelina. — Cóż więc przeszkadza jej pracować?
— Wiele rzeczy, o których zbyt długo by mówić — poważnie odparła Maria i ujmując rękę dawnej towarzyszki nauk z prośbą i uczuciem w głosie dodała. — Do ciebie właśnie przybyłam, Ewelino, z prośbą, abyś jej dała możność pracowania.
— Ja... jej... możność pracowania? A to jakim sposobem, moja droga?
— Abyś ją przyjęła za pannę sklepową.
Brwi właścicielki sklepu podniosły się wyżej jeszcze. Na twarzy jej malowały się zdziwienie i zakłopotanie.
— Droga Mario — zaczęła po chwili, jąkając się i z widocznym zmieszaniem. — To do mnie nie należy... w ogóle interesami tyczącymi się sklepu zajmuje się mąż mój...
— Ewelino! — zawołała Maria. — Dlaczego mówisz przede mną nieprawdę? Mąż twój jest właścicielem sklepu wobec prawa, ale ty zarządzasz interesami wspólnie z nim, więcej nawet od niego, i wszyscy wiedzą dobrze, tym bardziej ja wiem, że znasz się na interesach wybornie i masz dużo energii w przeprowadzaniu swych planów... dlaczegóż więc...