Mówiąc to poczciwa sługa zdobywała się widocznie na ton wesoły, ale uśmiech zsuwał się z ust jej, a oczy na­pływały łzami.

— A teraz — rzekła ciszej, składając ręce — a teraz, pani moja, trzeba mi już iść!

Kobieta w żałobie podniosła głowę.

— Trzeba ci już iść, Zosiu — powtórzyła — to praw­da — dodała, rzucając spojrzenie za okno. — Zmierzchać już zaczyna... będzie ci straszno iść wieczorem przez miasto.

— O, nie to, droga pani! — zawołała dziewczyna. — Ja dla pani poszłabym w noc najciemniejszą na koniec świata... ale... nowi moi państwo jutro bardzo rano wy­jeżdżają z Warszawy i kazali mi przyjść przed zmrokiem. Muszę iść, bo będę im dziś jeszcze potrzebna...

Przy ostatnich wyrazach młoda służąca schyliła się i ująwszy białą rękę kobiety chciała podnieść ją do ust. Ale kobieta podniosła się nagle i oba ramiona zarzuciła na szyję dziewczyny. Obie płakały, dziecię rozpłakało się także i obiema rączkami pochwyciło sukienne okrycie służącej.

— Nie idź, Zosiu! — wołała Jancia. — Nie idź! Tu tak straszno jakoś, tak smutno!

Dziewczyna całowała dawną panią swoją w ramiona i w ręce, przyciskała do piersi płaczące dziecię.

— Muszę, muszę iść! — powtarzała łkając. — Mam biedną matkę i małe siostry, muszę dla nich pracować...

Kobieta w żałobie podniosła twarz bladą i wyprosto­wała wiotką kibić.