„Tyżeś to jest — mówiła w myśli Marta do zjawiska wyłonionego z własnego jej ducha — tyżeś to jest tą samą kobietą, która tak pięknie przyrzekała sobie i dziecięciu swemu, że pracować będzie, że wytrwałością, energią dro­gę sobie pomiędzy ludźmi utoruje i miejsce pod słońcem zdobędzie. Cóżeś od chwili owych bohaterskich postano­wień uczyniła? Jak spełniłaś obietnicę w głębinach ducha daną drogim cieniom ojca tego dziecięcia?”

Postać niewieścia zakołysała się w przestrzeni na wzór gałęzi wiotkiej, miotanej wichrami; za całą odpowiedź silniej załamała dłonie i drżącymi usty szepnęła:

— Nie potrafiłam! Nie umiem!

„O niedołężna istoto! — zawołała w myśli Marta. — Jesteśże67 godna nosić nazwę człowieka, skoro głowa twa tak bezmyślna, że nie wie dobrze, co sądzić o sobie samej, rę­ce tak słabe, że nie zdołają osłonić opieką jednej drobnej, biednej główki dziecięcej! Za cóż więc ludzie szanowali cię kiedyś? Możeszże68 teraz szanować samą siebie?”

Zawieszona w przestrzeni postać kobieca rozplotła dło­nie i zakryła nimi twarz swą, która schyliła się nisko. Z suchych dotąd oczu Marty łzy potoczyły się gorącym strumieniem i bujnymi kroplami przeciekały przez palce, którymi sobie twarz przysłoniła.

— Ty płaczesz, mamo! — zawołała mała Jancia i zer­wała się z krzesła.

Stanęła przed matką, oczami wpół zdziwionymi, wpół rozżalonymi patrzała na nią chwilę, aż nagle osunęła się na ziemię, drobnymi ramionami objęła jej kolana i pocałunkami okrywać zaczęła nogi jej i ręce. Marta odjęła dłonie od twarzy i kilka sekund siedziała jak skamieniała. Słodkie pocałunki ust dziecięcych paliły ją jak ślizgające się po ciele węże zgryzoty; gorąca miłość tej drobnej, u ko­lan jej klęczącej istotki rozrywała jej serce i na torturach rozciągała sumienie...

Pochyliła się, wzięła dziecię w objęcia, po kilka razy przycisnęła usta do czoła jej i policzków, potem zerwała się z siedzenia, poskoczyła ku oknu i upadając na kolana wzrok i ręce podniosła ku kawałkowi nieba, którego tło ciemne i głębokie błyszczało gwiazdami.

— Boże! — zawołała głośno prawie. — Daj mi miejsce na ziemi! Małe, biedne choćby miejsce, ale na którym po­mieścić bym się mogła wraz z dzieckiem moim! Nie po­zwól, abym omdlała i bezsilna po raz drugi jeszcze przy­jąć musiała jałmużnę, abym nie spełniła macierzyńskiego obowiązku, utraciła spokój sumienia i szacunek dla samej siebie!

Zaiste! Prośby, które kobieta ta zanosiła do nieba, nie­dorzecznie, niesprawiedliwie wymagającymi były, nie­prawdaż, czytelnicy? Nie żądała ona wprawdzie zasiadać na ministerialnym krześle ani imienia swego głosić po świecie stugębną sławą, ani w wyuzdanej swobodzie uży­wać zabronionych rozkoszy, ale pragnęła żyć i jedynej istocie, którą kochała na ziemi, życie kawałkiem chleba podtrzymać, pragnęła uniknąć doli żebraczej i móc przed samą sobą wstydem nie płonąć... Jakże ambitna była, zazdrosna, pożądliwa i w pożądaniach swych rozuzdana69! nieprawdaż?