Zwyciężyła siebie znowu, zgnębiła i do milczenia zmu­siła szarpiące ją wstyd, żal, trwogę; powstała z klęczek ze spokojną twarzą, rozpłakaną dziewczynkę wzięła na swe kolana i cichym, łagodnym głosem — opowiadać zaczęła ulubioną jej bajeczkę. Posiadała ona w sobie widocznie sporą sumę sił ducha i woli. Miałyżby70 siły te pozostać dla niej bez użytku, posługiwać jej tylko w walkach uczuć, a giąć się kornie i upadać bezwładnie pod wrogą mocą niedołężności głowy i rąk, uciążliwości otaczających ją żywiołów zewnętrznych?

Przez całą długą noc zimową Marta niezamykającymi się ani na chwilę oczami patrzała w ciemność zalegającą izbę, machinalnie ścigała uchem spokojny oddech śpiącego obok niej dziecka i myślała nad tym, co jej jutro czy­nić wypada.

Nazajutrz około południa kobieta w żałobie wchodziła do niezbyt wielkiego, lecz bardzo wytwornego magazynu, za którego oknami zwieszały się bufiaste kobiece suknie i na kształt roju motylów najrozliczniejszymi barwami migotały zgrabne kapelusiki i malutkie czepeczki. Był to magazyn, w którym niegdyś Marta zaopatrywała się zwyczajnie w przedmioty do stroju potrzebne.

Na odgłos dzwonka, który zakołysał się u drzwi, z przy­ległego pokoju wyszła kobieta młoda jeszcze, z piękną ki­bicią i bardzo przyjemną twarzą. Spojrzawszy na Martę uśmiechnęła się i ukłoniła bardzo uprzejmie. Znać pozna­ła dawną swą klientkę i widziała ją znowu u siebie z przy­jemnością.

— Jakże dawno pani u nas nie była! — z jednostajnie uprzejmym uśmiechem rzekła właścicielka sklepu; wnet jednak szybkim spojrzeniem obrzucając żałobną suknię Marty dodała. — Mój Boże! Słyszałam o nieszczęściu, któ­re panią spotkało. Znałam przecież dobrze pana Świckiego!

Wyraz boleści przesunął się po twarzy młodej wdowy. Dźwięk nazwiska człowieka ukochanego i utraconego ostrzem sztyletu drasnął świeżą ranę jej serca. Nie wolno jej było przecież zatrzymywać się długo śród drogi i bez­czynnie słuchać rozmawiających w jej wnętrzu głosów, żalów i wspomnień.

— Pani! — rzekła, podnosząc oczy na stojącą przed nią kobietę. — Dotąd przychodziłam tu zwykle, aby nabywać różne rzeczy, teraz przychodzę do pani z prośbą, abyś chciała nabyć u mnie czas mój i pracę rąk moich.

Mówiąc to poskromiła drżenie głosu i na bladych ustach swych wymogła uśmiech.

— Szczerze pragnęłabym stać się pani w czym uży­teczna, ale... nie zrozumiałam dobrze znaczenia słów jej.

— Czy nie przyjmiesz mnie pani do zakładu swego na szwaczkę?