— Na maszynie, zapewne.

— Nie, pani, na maszynie nie szyłam nigdy.

Panna Bronisława zesztywniała, założyła ręce na piersi i stała w milczeniu. Właścicielka magazynu wyglądała też w tej chwili sztywniej i chłodniej trochę niż wprzódy.

— Prawdziwie... — zaczęła po chwili, jąkając się i z trochą zmieszania — jestem prawdziwie bardzo zmar­twiona... potrzebowałam głównie osoby zdatnej do kroju... zresztą i do szycia, ale na maszynie... u nas nie szyje się inaczej jak na maszynie.

I znowu pomiędzy kobietami stojącymi przy stole pa­nowała chwila milczenia. Usta Marty drżały trochę, na twarzy jej gorące rumieńce mieniły się z bladością.

— Pani — wymówiła, podnosząc oczy na właścicielkę magazynu — czy nie mogłabym nauczyć się... pracowała­bym tymczasem darmo... byleby móc nauczyć się...

— To niepodobna72! — ostrym trochę tonem zawołała panna Bronisława.

— To trudno — przerwała właścicielka magazynu i grzeczniejsza od swej domownicy, mówiła dalej. — Spo­rządzamy różne ubiory, po większej części na zamówie­nia, z materiałów kosztownych, do nauki i wprawiania się służyć niemogących... roboty wykonywać musimy śpiesznie, bo i tak z przyczyny niedostatku doskonale ukształconych pracownic czujemy trochę brak dostatecznej ilości rąk i opóźniamy się... co przynosi nam straty i nieprzyjemności. Dlatego możemy przyjmować takie tyl­ko pracownice, które są dostatecznie już przygotowany­mi... Bardzo żałuję, niech pani wierzy, iż bardzo żałuję, nie mogąc spełnić jej żądania...

Wtedy dopiero, gdy właścicielka magazynu kończyła te słowa, maszyna, która umilkła była przy rozpoczęciu się rozmowy, zaturkotała znowu. Schylona nad nią kobie­ta łzę miała w oku.

Marta po wyjściu z magazynu skierowała się nie ku mieszkaniu swemu, ale w inną zupełnie stronę. Z wyrazu twarzy jej poznać by można, że szła bez celu, ręce jej za­sunięte były w rękawy okrycia i ściśle z sobą zwarte. Marta doświadczała wciąż bezwiednego, lecz gwałtowne­go pragnienia podniesienia w górę splecionych dłoni i ści­śnięcia nimi głowy, która płonęła i ciężyła jej niewymownie. W głowie tej była zrazu jedna tylko myśl powtarza­jąca się z uporczywą nieustannością i nadzwyczajną szybkością: „Nie umiem!”. Myśl ta rozstrzeliwała się na tysią­ce błyskawic, na tysiące sztyletów, które przeszywały mózg, kłuły w skronie i ostrzami spuszczały się aż na dno piersi. Po kilku minutach Marta pomyślała: „Zawsze i wszędzie to samo...”.