Słowa te wymówione były tonem pytania.

W tej samej chwili jedna z maszyn umilkła, a siedząca przy niej młoda kobieta, podniósłszy głowę, z widoczną uwagą zaczęła przysłuchiwać się rozmowie.

Trzy osoby stojące przy wielkim stole pośrodku sali umieszczonym milczały chwilę. Właścicielka magazynu i jej pomocnica z wyrazem pytania patrzały na Martę; Marta wiodła wzrokiem po rozpostartych na stole tabli­cach kroju, od góry do dołu zakreślonych czarnymi linij­ami, kropkami, wężykami, które, biegnąc wzdłuż i wszerz arkusza, krzyżując się, zbiegając, rozbiegając, za­kreślając najrozmaitsze figury jeometryczne, przedstawia­ły nieumiejętnemu oku chaos do rozwikłania niepodobny.

Powieki Marty podniosły się z wolna i ciężko.

— Nie mogę — rzekła — przyznawać się do umiejętno­ści, której nie posiadam, byłoby to z mej strony nieuczci­wością i zresztą nie przydałoby się na nic. Krój znam tro­chę, ale bardzo mało, o tyle, aby móc wykroić kołnierzyk, może koszulę... sukien, okryć, a nawet wytworniejszej trochę bielizny krajać nie potrafię...

Właścicielka magazynu milczała, ale po ustach pan­ny Bronisławy przeleciał niechętny trochę uśmieszek.

— To dziwne! — rzekła zwracając się do naczelniczki zakładu. — Mnóstwo osób żąda zajmować się szyciem, a tak trudno znaleźć kogoś, kto by był biegły w krajaniu. Jest to przecież podstawa całej roboty.

Tu biegła i niewątpliwie wysoko opłacana szwaczka zwróciła się do Marty.

— Co zaś do samego szycia? — wymówiła pytającym znowu tonem.

— Szyć umiem nieźle — odrzekła Marta.