— Pani nie poznaje mię może — postępując obok Mar­ty mówiła panna. — Jestem Klara, pracuję w magazynie pani N. od pięciu lat blisko, szyłam kiedyś suknie dla pa­ni i odnosiłam je pani na Graniczną ulicę.

Marta patrzała na postępującą obok niej kobietę omglonymi oczyma.

— W istocie, przypominam sobie — wymówiła po chwili z trudnością.

— Przepraszam panią, że jestem tak śmiała i zacze­piam panią na ulicy — ciągnęła dalej Klara — ale pani byłaś dla mnie kiedyś tak dobra i grzeczna... Miałaś taką śliczną, malutką córeczkę... Czy córeczka pani...

Zawahała się z dokończeniem pytania, ale Marta myśl jej odgadła.

— Dziecko moje — rzekła — żyje...

Ostatni ten wyraz wyrwał się z ust jej mimo woli za­pewne, bo szybko i niewyraźnie, zadźwięczała w nim jed­nak gorycz taka, jakiej dotąd w głosie jej nie było nigdy. Klara milczała chwilę, jakby namyślając się, potem rzekła:

— Słyszałam o śmierci pana Świckiego i zaraz pomy­ślałam, jak też to pani da sobie radę na świecie... a jeszcze z dzieckiem. Ucieszyłam się bardzo, zobaczywszy panią przychodzącą do naszego magazynu i myślałam, że pani pracować z nami będzie. To byłoby bardzo dobrze, bo pa­ni N. jest dobra i płaci nieźle... panna Bronisława tylko trochę kapryśna i czasem fąfry stroi, ale kiedy człowiek biedny, to musi przecież znieść czasem cokolwiek... byle robota była. Toteż było mi przykro, bardzo przykro, jak posłyszałam, że pani N. odmawia pani roboty... Przypom­niałam sobie zaraz moją biedną Emilkę...

Ostatnie słowa szwaczka wymówiła ciszej i jakby do siebie, ale Marta uderzona nimi była więcej niż wszystki­mi poprzedzającymi.

— Któż to taki ta biedna Emilka, panno Klaro? — za­pytała młoda wdowa.