— To moja siostra cioteczna, o parę lat ode mnie młod­sza. Moja matka i jej matka były rodzonymi siostrami, ale jak często bywa, niejednostajne miały dole. Jej matka wyszła za urzędnika, moja za rzemieślnika. Kiedy dora­stałyśmy obie, Emilka była panienką, a ja prostą dziew­czyną. Do tego jeszcze ona była ładna, a mnie ospa do re­szty już zeszpeciła, kiedym jeszcze miała lat dwanaście. Toteż ciotka, bywało, mówiła zawsze: „Emilce dam eduka­cję, a potem za mąż ją wydam dobrze”. Trzymała do niej guwernantkę na początki, potem na jakąś małą pensyjkę posyłała. Moja matka martwiła się naprzód okropnie, że mię ospa tak zeszpeciła, ale ojciec nie bardzo martwił się. „To i cóż? — mówił — brzydka będzie, za mąż nie pójdzie, wielka bieda! Albo to jeden mężczyzna nie żeni się, a dla­tego żyje na świecie i nie bardzo mu źle!” Moja matka od­powiadała: „Mężczyzna to co innego! Broń Boże czego na nas, to Klara nie wyszedłszy za mąż z głodu umrze!” Ale ojciec, zamiast martwić się tak jak matka, śmiał się, a cza­sem i gniewał się. „Oj, wy baby, baby! — mówił. — U was tak, jak tylko za mąż nie pójdzie, to i z głodu umrze! Albo to dziewczyna rąk nie ma, czy co?” A trzeba wiedzieć, że sam był cieślą i lubił chwalić się swoją siłą. Bywało mó­wił: „Ręce, panie, to grunt! Głowę Pan Bóg jednemu da­je, drugiemu nie daje, ręce każdy ma!” Miałam tedy lat trzynaście, kiedy rodzice zaczęli posyłać mię na naukę do szwalni; naturalnie, że płacili za mnie i dużo płacili, ale też chwała Bogu nauczyłam się wszystkiego, czego trzeba...

— I długo pani uczyłaś się? — zapytała Marta, która z coraz większym zajęciem słuchała prostego opowiadania szwaczki.

— O! Uczyłam się dobre trzy lata! — odpowiedziała panna Klara. — A i potem jeszcze od razu zarabiać nie mo­głam, tylko cały rok pracowałam darmo w magazynie, aby tylko wprawić się w krajanie, w szycie na maszynie i nabrać gustu. Teraz za to umiem już tyle, że mogłabym sama założyć szwalnię albo magazyn, gdybym miała pie­niądze, bo na to trzeba mieć choć trochę pieniędzy... Ale trzy lata temu ojciec nas odumarł, oprócz mnie zostało przy matce dwóch młodszych braci, z których jeden terminuje u stolarza, a drugi do szkół chodzi... za naukę oby­dwóch trzeba płacić, a i matce, niemłodej już kobiecie, jaką taką dać wygodę...

— I pani sama pracujesz na to wszystko?

— Prawie sama, bo po ojcu został się nam tylko mały domek na Solnej, w którym mieszkamy... no, to już za mieszkanie płacić nie potrzebujemy... Zresztą, pani N. płaci mi dobrze i jakoś tym, co od niej biorę, łatamy się jako tako, żeby i wyżyć, i braci w świecie pokierować.

— Mój Boże! — zawołała Marta — jakaś pani szczęśliwa!

— Tak — odrzekła Klara. — Po prawdzie, nie bardzo to wesołe życie siedzieć tak po całych dniach przy robo­cie i tylko w niedzielę albo święto na świat boży wycho­dzić, ale kiedy pomyślę sobie, że robota moja daje sposób do życia matce i jaką taką przyszłość zapewnia braciom, czuję się bardzo szczęśliwa i wielką mam litość nad tymi, którzy, jak bywało ojciec mój mówił, ani głowy, ani rąk nie mają. Com się ja namartwiła nad tą Emilką, com ja nie napłakała się z jej przyczyny...

— Czy nie wyszła za mąż? — zapytała Marta.

— Ot, tak jakoś się stało, że choć miała edukację i by­ła ładna, nie wyszła. Ojciec jej stracił posadę i ze zgryzo­ty zaniemógł; do tego czasu jeszcze leży w łóżku biedaczysko, ni to żywy, ni to umarły. Matka także chorowita i, prawdę mówiąc, kapryśna kobieta, zgryźliwa; oprócz Emilki ma jeszcze w domu młodszą córkę i syna, z który­mi nie wie, co ma zrobić, bo za naukę wszędzie płacić trze­ba, a tu w domu bieda, głód, nie tylko co... Emilkę ciotka zaczęła od razu pędzić do pracy, jak tylko zubożeli, ale oprócz tego, że dziewczynie rozbałamuconej balami i strojami nie chciało się wziąć do pracy, pokazało się, że ta wielka edukacja, którą jej ciotka dawała, nie dała jej ani głowy, ani rąk. Chciała być nauczycielką, ale gdzie tam! Brząkać, brząka na fortepianie i po francusku podo­bno nieźle mówi, ale jak przyszło do uczenia, ani w ząb... nikt jej nie chciał... dostała była dwie lekcje po 40 groszy za godzinę, a i te prędko jakoś straciła... Zresztą, nic do­brze nie umie... Gdzie tylko udała się, prosząc o robotę, od­prawiali ją z kwitkiem. A tu matka w domu gryzie za próżniactwo, chory ojciec w łóżku stęka, brat bąki zbija po ulicach i tylko patrzeć, jak złodziej z niego będzie, sio­stra z nudów i ze złości kłóci się z całą familią, jeść czego nie ma ani w piecu czym zapalić... Emilka ma dobre serce, toteż martwiła się okrutnie, wymizerniała, myśleliśmy, że, już suchot dostanie, aż dwa miesiące temu dopiero znalazł się zarobek...

— Znalazł się jednak! — zawołała Marta i odetchnęła głęboko, jakby z piersi jej zsunął się tłoczący jakiś ciężar.