Postąpiła dalej i myślała, że jest to przecież rzeczą niepodobną, zupełnie niepodobną, aby stanowczym, jedynym, dośmiertnym miejscem jej przeznaczenia był ów stołek w pracowni Szwejcowej, na którym śród mroku, wilgoci, stęchłego powietrza, w otoczeniu wynędzniałych, obumierających twarzy, szyła po dniach całych, nie mo­gąc w zamian zarobić tyle przynajmniej, aby móc w nocy spać spokojnie, a minuty wolne od pracy wyzwolić spod panowania cyfr przedstawiających grosze...

Urodzeniem, całą przeszłością swą należała przecież do klasy ludzi oświeconych, była uważana i sama siebie uważała zawsze za kobietę oświeconą. Dlaczegóż80 więc, gdy dotknęła ją twarda ręka losu, stanęła ona w hierar­chii społecznej, w dziedzinie prac, zysków i zaszczytów ludzkich na tym szczeblu najniższym, na którym, zdawa­łoby się, iż stać powinni najnieszczęśliwsi tylko, najsro­żej wydziedziczeni z dobrodziejstw oręży i narzędzi przy­noszonych ludziom oświatą? Byłażby81 ta oświata jej kale­ka z kapitalnej strony jakiejś? Byłażby ona tylko cackiem wyrzeźbionym, wypiększonym ku zabawie spokoj­nego ducha, mieszkającego w sytym i zadowolnionym82 cie­le, rozpadającym się w nieprzydatne na nic próchno, ile­kroć by duch zapragnął użyć ją ku ochronieniu siebie od zmordowania i upadku, ciało od utraty sił posługujących duchowi? Miałażby83 na koniec ta oświata jej być tylko złudzeniem? Oświata w tej mierze i postaci, w jakich po­siadła ją Marta, budziła pragnienia, nie dając nic, co by zadowolenie ich zdobyć mogło, podsycała tęsknotę za sfe­rami ducha, przykuwając go do ziemi więzami głodnego ciała, potęgowała w sercu uczucia na to tylko, aby zapra­wiać je goryczą, wstrząsać śmiertelną trwogą...

Marta myślała o tym i czuła to wszystko, ale nie uo­gólniała swych myśli i uczuć, nie zdawała sobie dokład­nej sprawy z wielce skomplikowanego zjawiska, które rządziło jej losami. Czepiała się jednego przypomnienia, jednej świadomości, że należała do ludzi oświeconych, przed którymi tyle, tyle przecież dróg leży otworem.

Miałażby na zawsze już zatrzymać się na tej, śród któ­rej stanęła? Nie byłoż84 dla niej na ziemi żadnego innego miejsca jak to, do którego wchodziła ze wstydem, o któ­rym z oddalenia myślała ze zgrozą? Błagała ona wpraw­dzie Boga o małe, skromne miejsce pod słońcem, o takie miejsce, na którym dwie istoty ludzkie, związane ze so­bą najściślejszymi i najświętszymi związkami i uczucia­mi, żyć by mogły; ależ to, które po wielu próbach i wysileniach stało się jej udziałem, nie było miejscem pod słoń­cem, ale otchłanią ciemną, w której dwie istoty ludzkie nie żyły, ale skute kajdanami najprostszych, najniższych, a nigdy niezadowolonych, nigdy niekończących się potrzeb powoli umierały.

Tak, powoli umierały. Nie była to metafora żadna, ale przerażająca rzeczywistość. Niedawno jeszcze Marta, za­stanawiając się nad położeniem, w jakie popadła, i nad obowiązkami, które zaciężyły na sercu jej i sumieniu, powtarzała sobie jako zachętę i pociechę: „Jestem młoda i zdrowa”. Dziś połowa tylko słów tych wyrażała prawdę. Była młoda, ale nie była już zdrowa. Żywioły fizyczne i moralne, połączone ze sobą, tworzyły rodzaj piły niewi­dzialnej, która wycieńczała i osłabiała jej ciało.

Marta kaszlała, od tygodni kilku doświadczać zaczęła nieznanych sobie dotąd osłabień, sny jej bywały gorącz­kowe, budziła się z nich z głową ciężką i bolącą piersią.

Tak zaczynać musiały karierę swą owe wyrobnice, dziś na wpół umarłe, z suchotniczymi rumieńcami na twarzach. Niedawno jedna z nich opuściła pracownię Szwejcowej o parę godzin wcześniej, niż nakazywał regu­lamin zakładu, i nie wróciła więcej. Gdy nazajutrz Marta zapytała o nią towarzyszki, z kilkunastu ust rozszedł się po sali stłumiony, niemniej przeszywający szept:

— Umarła!

Umarła? A jednak Marta wiedziała o tym, iż liczyła sobie dwadzieścia sześć lat zaledwie i że kędyś, na podda­szu lub w suterenie, żyło i każdodziennie powrotu jej oczekiwało dwoje małych dzieci...

— Co stało się z jej dziećmi? — z gorączkową cieka­wością pytała towarzyszek młoda matka ślicznej czarno­okiej dziewczynki.