Odpowiedź, jaką otrzymała, zabrzmiała w jej uchu ostro, dziko:

— Dziewczynkę przyjęto do ochronki, chłopiec kędyś zginął.

Do ochronki? A więc na bary dobroczynności publicz­nej, w ręce ludzi obcych, na przyszłość niepewną. Zgi­nął? Gdzież mógł się podziać? W dziecięcej naiwności szukał może matki, którą zniesiono z wysokiego poddasza, i śród ośnieżonych ulic w mroźną noc zimową umarł kę­dyś po cichu, przykryty całunem białej zamieci, lub, o zgrozo! połączywszy się z rówiennymi85 sobie wyrzutka­mi społeczeństwa...

Dłużej Marta myśleć nie mogła o posępnej tej historii, w której odzwierciedlała się może własna jej przyszłość. Własna? O, mniejsza o to! Ukochane przez nią istoty by­ły już poza światem, czuła się znużona, śmiertelnie smut­na i z rozkoszą może zamknęłaby oczy do snu wiekuiste­go, w którym wiara przyrzekała jej połączenie się z tymi, za którymi tęskniło zranione serce! Ale przyszłość jej dziecka... jakąż będzie, jakąż być może, jeżeli jej zabrak­nie na ziemi, jeżeli kiedy na policzkach jej osiądą takie krwiste, płomienne rumieńce, czoło obleje się taką gro­bową bladością, oddechu piersiom zabraknie jak owej biednej wyrobnicy, która przed niewieloma dniami opusz­czała chwiejnym krokiem szwalnię Szwejcowej, aby nig­dy już nie powrócić więcej...

Postać Marty w zamyśleniu podana nieco naprzód wy­prostowała się.

— Nie! — z cicha, lecz z mocą wyrzekła młoda kobie­ta. — Tak być nie może! Tak być nie powinno!

Mówiąc tak, czuła znać86 każdemu człowiekowi wrodzo­na chęć dźwigania się z niedoli i każdemu człowiekowi przysługujące prawo polepszenia, podnoszenia swego bytu.

Marta powiodła dokoła oczami, w których na miejscu przedchwilowego frasunku i znużenia ukazały się znowu energia i badawczość. Mnóstwo przedmiotów otaczało ją zewsząd, na jednym z nich zatrzymało się jej spojrzenie. Przedmiotem, który przykuł do siebie wzrok Marty, było szerokie i wysokie okno z bogatą wystawą jednej z najza­sobniejszych księgami miasta. Na widok kilkudziesięciu tomów, których różnobarwne okładki mieściły się za przezroczystymi szybami, młoda kobieta doświadczyła trzech różnych uczuć, a były nimi: wspomnienia, tęsknota i na­dzieja. Przypomniała sobie owe dni szczęśliwe, w któ­rych wsparta na ramieniu młodego i wykształconego mę­ża przybywała nieraz w to miejsce. Stęskniona do wyż­szych uciech umysłowych, których od czasu do czasu kosztowała niegdyś, których od dawna pozbawiona była najzupełniej, a które na ciemnym tle obecnego jej życia zaświeciły przed nią niewymownym czarem, zobaczyła na koniec parę imion kobiecych wydrukowanych poniżej tytułów książek. Z imion tych jedno należało do osoby, którą znała kiedyś, w której nikt nie podejrzewał talen­tu póty, póki nie objawiła go, a i to ze stopniowym, bar­dzo powoli wzrastającym powodzeniem. A jednak teraz imię jej figurowało zaszczytnie pomiędzy wieloma głośny­mi, świetnymi imionami krajowych pisarzy, teraz kobie­ta ta, o której Marta wiedziała, że była samotna jak ona i jak ona ubogą, posiadała miejsce pod słońcem, szacunek ludzki i własny...

— Kto wie? — drżącymi usty87 szepnęła kobieta i bla­da twarz jej zapłonęła rumieńcem śród czarnych fałd weł­nianych, które obejmowały ją posępną ramą.

Postąpiła parę kroków i stanęła przed drzwiami księ­garni. Zapuściła wzrok za szyby i zobaczyła w głębi wiel­kiej sali jej właściciela. Była to twarz dobrze jej niegdyś znana, często w dniach pomyślności przez nią widywana, myśląca, uczciwa i łagodna...