Głos jej urwał się nagle. Podniosła obie dłonie i powiodła nimi po bladym czole. Księgarz szybko wyszedł zza kontuaru i przysunął ku młodej kobiecie aksamitem wybity taboret, po czym wrócił na uprzednie swe miejsce.
Wydawał się zasmuconym, a więcej jeszcze zmieszanym.
— Chciej pani usiąść — rzekł. — Słucham panią z uwagą...
Marta nie usiadła. Splecione dłonie oparła na kontuarze i patrzała znowu w twarz stojącego przed nią człowieka głębokim, lecz coraz jaśniejszym wzrokiem.
— Prośba, z którą przyszłam, jest w istocie szczególna, dziwna — mówiła — ale... przypomniałam sobie, że zostawałeś pan kiedyś w przyjaznych stosunkach z mężem moim...
Księgarz skłonił się.
— Tak — przerwał — pan Świcki pozostawił przyjazne i pełne szacunku wspomnienie u wszystkich, którzy znali go bliżej.
— Przypomniałam sobie — ciągnęła Marta — że kilka razy przyjmowałam pana w domu moim jako miłego gościa...
Księgarz skłonił się znowu z uszanowaniem.
— Wiem o tym, że jesteś pan nie tylko księgarzem, ale i wydawcą... że zatem...