Głos jej słabł i cichł stopniowo, umilkła na chwilę. Nagle podniosła znowu głowę, splecione dłonie wyciąg­nęła nieco przed siebie i odetchnęła głęboko parę razy.

— Daj mi pan pracę jaką... wskaż drogę... naucz mię, co mam czynić!...

Księgarz wydawał się w istocie nieco zdziwionym. Patrzał przez chwilę na stojącą przed nim kobietę wzro­kiem uważnym, niemal badawczym. Ale piękna i młoda twarz Marty nie przedstawiała bynajmniej trudnej do odczytania zagadki. Bieda, niepokój, daremne pragnienia i gorące błaganie zakreśliły ją bardzo czytelnymi znaka­mi. Rozumne, siwe oczy księgarza, badawczo zrazu, a na­wet nieco surowo patrzące spod szlachetnego czoła, miękły z wolna, aż w smutnym zamyśleniu okryły się powie­kami. Przez chwilę pomiędzy dwojgiem tych ludzi pano­wało milczenie. Księgarz przerwał je pierwszy.

— A więc — rzekł z lekkim wahaniem w głosie — pan Świcki umierając nie zostawił po sobie żadnego majątku?

— Żadnego! — z cicha odpowiedziała Marta.

— Mieliście państwo dziecię...

— Mam małą córkę.

— I żadnego dotąd zajęcia znaleźć pani dla siebie nie mogłaś?

— Owszem... zajmuję się szyciem, za które otrzymuję czterdzieści groszy dziennie...

— Czterdzieści groszy dziennie! — zawołał księgarz. — Dla dwóch osób! Ależ to nędza!