— Nędza — powtórzyła Marta. — Gdybyż to była nę­dza tylko i tylko dla mnie, i taka jeszcze, na którą żadnej już rady nie ma na ziemi! O, wierzaj mi, panie, że potrafiłabym cierpieć odważnie, żyć bez żebraniny i umrzeć bez skargi! Ale nie jestem sama, jestem matką! Gdybym nie miała serca macierzyńskiego, które kocha, słyszałabym w sobie głos sumienia, które obowiązek przypomina; gdybym nie miała sumienia, które kocha, słyszałabym głos serca. Mam jedno i drugie, panie! Rozpacz mię ogar­nia, gdy patrzę na wychudłą twarz mego dziecka, gdy myślę o jego przyszłości, ale gdy wspomnę, iż dotąd nic dlań uczynić nie potrafiłam, wstyd mi taki, że pragnęła­bym co chwilę upaść na ziemię i głową tarzać się w pyle! Boć przecie są ludzie ubodzy, którzy siebie i dzieci swe dźwigają z niedoli, dlaczegóż ja uczynić tego nie mogę? O panie! Bieda ciężką jest do przeniesienia89, zapewne, ale czuć się przeciwko niej bezsilną, porywać się do wszyst­kiego i zewsząd odchodzić z poczuciem własnej nieudol­ności, cierpieć i drogą istotę widzieć cierpiącą dziś i my­śleć, że cierpienie to trwać będzie jutro, pojutrze, zaw­sze, i powiedzieć sobie: „Przeciw cierpieniu temu ja nic nie mogę” — o, to męczarnia taka, dla której jedna jest tylko nazwa: życie ubogiej kobiety!

Marta wypowiedziała słowa te szybko i z ogniem. Przy ostatnich wyrazach głos jej stał się cichszym i dwa strumienie łez z niepodobną do powstrzymania gwałtow­nością oblały jej policzki. Zakryła twarz chustką i przez chwilę stała nieruchoma, walcząc wyraźnie ze łzami, któ­re ustać nie chciały, poskramiając łkania, które coraz sil­niej wstrząsały jej piersią. Po raz to pierwszy dopiero zapłakała wobec świadka, po raz pierwszy głośną skargą wypowiedziała to, co nosiła w sobie od dawna. Nie była już ani tak silna, ani tak dumna, jak wtedy, kiedy w do­mu Rudzińskich z suchym okiem i spokojna twarzą do­browolnie zrzekała się pracy, której wykonywać nie mogła.

Księgarz stał za kontuarem z rękami na piersi skrzy­żowanymi w postawie nieruchomej. Zmieszany nieco zra­zu gwałtownym wybuchem uczuć, którego był świadkiem, stał się po chwili widocznie wzruszonym.

— Mój Boże! — rzekł półgłosem. — Jakież to zmienne są losy ludzkie na ziemi! Znając panią dawniej, czyliż mo­głem spodziewać się, że zobaczę ją kiedykolwiek w tym stanie smutku i ubóstwa. Takeście państwo żyli dostat­nio, taka z was była kochająca się, szczęśliwa para.

Marta odjęła chustkę od twarzy.

— Tak — wymówiła stłumionym głosem — byłam szczęśliwa... Kiedy ukochany przeze mnie człowiek umie­rał, sądziłam, że go nie przeżyję... Przeżyłam... Żal i tęsknota pozostały we mnie dręczące, niezgojone, ale dla serca zranionego śmiertelnie szukałam ulgi w spełnieniu macierzyńskiego obowiązku i spełnić go dotąd nie mogłam. Samotna i smutna poszłam w świat, aby o trochę spokoju dla siebie, o życie i przyszłość mego dziecka, wal­czyć — nadaremnie...

Oczy księgarza, poważne i zamyślone, tkwiły w prze­strzeni. Miał on liczną rodzinę. Był bratem, mężem, oj­cem. Być może, iż wywołane słowami Marty przed oczami jego przesunęły się oblicza ukochanych mu kobiet: młodej siostry, malutkiej córki, drogiej małżonki. Czyliż każda z nich nie mogła kiedykolwiek poddana zostać ta­kiemu losowi, jak ten, który stał przed nim w postaci tej kobiety osamotnionej, bez dachu, z sercem rozbolałym i ustami spalonymi gorączką głodu i rozpaczy? Wszak sam mówił przed chwilą o okrutnej zmienności losu!

Spojrzenie jego z wolna spłynęło na twarz Marty, wy­ciągnął ku niej rękę.

— Uspokój się pani — rzekł łagodnie i poważnie. — Chciej usiąść i odpocząć chwilę. Nie poczytasz mi prze­cież pani za niedelikatność, jeżeli pragnąc jej być użytecznym zapytam o pewne nieodzowne szczegóły. Czyś próbowała już pani jakiej innej pracy prócz tej, która ci tak nędzne przynosi wynagrodzenie? Do jakiego zajęcia czujesz się pani najbardziej usposobioną, uzdatnioną? Wiedząc o tym, może coś obmyślę... znajdę...

Marta usiadła. Łzy oschły na twarzy jej, oczy nabrały tego wyrazu rozsądku i przytomności, który był im wła­ściwym, ilekroć młoda kobieta skupiała władzę woli swej i umysłu. Nadzieja wstąpiła w jej serce; zrozumiała, że spełnienie jej zależy od rozmowy, którą prowadzić miała; uczuła się znowu śmiała i wydawała się spokojna.