Mówiąc to, księgarz zawijał w papier błękitny tomik.

— Jest to dzieło traktujące o jednej z bieżących kwe­stii społecznych; jasno, przystępnie napisane, nie powinno być ono do przekładu zbyt trudnym. Ażebyś zaś pani wiedziała, dla czego pracować będziesz, określić mogę, że ho­norarium (przebacz pani urzędowy ten wyraz) udzielić jej będę mógł w sumie sześciuset złotych. Jeżeli zajęcie to okaże się dla pani odpowiednim, znajdzie się może potem i coś innego do przełożenia. Na koniec, nie ja to jeden jestem tu wydawcą i bylebyś pani zyskała sobie imię do­brego tłumacza, zostaniesz wezwana tu i ówdzie. O nie­mieckim języku mówiłaś mi pani, że posiadasz go w bar­dzo słabym stopniu. To szkoda. Przekłady z tego języka byłyby pożądańsze i popłatniejsze. Ale jeżeli jedna i dru­ga praca uda się pani pomyślnie, będziesz może w stanie wziąć kilkadziesiąt lekcji... w dzień przekładać pani bę­dziesz dzieła francuskie, nocami doskonalić się w mowie Germanów... taką być musi praca kobiety. Krok za kro­kiem i self-help.

Marta drżącymi rękami wzięła podawaną jej książkę.

— O panie! — wymówiła, ściskając w obu dłoniach rę­kę księgarza. — Niech ci Bóg wynagrodzi szczęściem tych, których kochasz.

Nic więcej powiedzieć nie była w stanie, po kilku sekundach znajdowała się już na ulicy. Szła teraz szybkim krokiem. Z rozrzewnieniem myślała o szlachetnym po­stępku z nią księgarza, o uprzejmości i uczynności, jaką jej okazał. Z myśli tej wywinęła się myśl inna.

„Mój Boże — mówiła w duchu młoda kobieta — tylu dobrych ludzi na drodze mej spotykam, dlaczegóż mi żyć tak ciężko?”

Książka, którą niosła, paliła jej dłonie. Pragnęłaby lo­tem strzały dosięgnąć swej izdebki, aby rozejrzeć się po­między kartami, które może przynieść jej miały zbawienie. Po drodze jednak wstąpiła do małego sklepu z obu­wiem i kupiła parę malutkich trzewiczków. Kiedy na ko­niec wbiegła w bramę wysokiej kamienicy przy ulicy Piwnej stojącej, nie poszła wprost na wschody, ale skie­rowała się w głąb dziedzińca ku małym drzwiczkom mieszkania stróża. Tam bowiem, pod opłacanym przez Martę dozorem żony stróża, Jancia przepędzała codzien­nie długie godziny, w których matka jej szyła w zakła­dzie Szwejcowej. W powierzchowności dziecka zaszły przez czas ubiegły większe jeszcze i głębsze zmiany niż w powierzchowności matki. Policzki Janci wklęsły i cho­robliwą okryły się żółtością; żałobna, zrudziała i w kilku miejscach rozdarta jej sukienka zwisała na wychudłym ciałku, czarne oczy rozszerzyły się, utraciły dawny blask i ruchliwość, a w wyrazie swym posiadały tę niemą, bole­sną skargę, którą odznacza się wzrok dzieci gnębionych fi­zycznie i moralnie.

Ujrzawszy matkę, Jancia nie rzuciła się jej na szyję, nie zaszczebiotała, jak bywało dawniej, nie klasnęła w drobne dłonie. Ze schyloną główką i chudymi, zziębnię­tymi rączkami, zaciśniętymi wkoło wełnianej chusteczki, którą się otulała, weszła z matką do izby na poddaszu i usiadła wnet na ziemi przed pustym kominem, w posta­ci skurczonej i znękanej. Marta położyła książkę na stole i wydobyła parę polan zza pieca. Jancia wodziła za nią swymi przygasłymi i rozszerzonymi źrenicami.

— Czy nie pójdziesz już dziś nigdzie, mamo? — ozwała się po chwili głosem, którego dźwięk stłumiony i po­ważny rażący stanowił kontrast z drobną, dziecięcą po­stacią.

— Nie, dziecko moje — odpowiedziała Marta. — Nie pójdę już dziś nigdzie. Jutro wielkie święto i dziś po po­łudniu nie kazano nam przychodzić.