Mówiąc to, Marta położyła drewka na kominku i przyklękłszy, chciała uścisnąć małą córkę.
Zaledwie jednak dotknęła jej ramienia, z ust Janci wyrwało się syknięcie bólu.
— Co ci to? — zawołała Marta.
— Boli mię tu, mamo! — bez skargi w głosie, ale bardzo cicho odparło dziecię.
— Boli cię! Dlaczego? Jak dawno? — troskliwie dopytywała się matka.
Jancia milczała i siedziała nieruchomo ze spuszczonymi oczami. Blade usteczka jej tylko drżały trochę, jak bywa zwykle u dzieci, gdy płacz gwałtowny powstrzymać usiłują. Martę niepokoiło uparte milczenie dziecka więcej może niż ból objawiony. Szybko rozpięła luźno zwisający staniczek i usunęła go z jednej ręki dziecka. Na chudym, białym ramieniu, obnażonym ręką matki, czerniała ciemnosina plama. Marta splotła kurczowo ręce. Okropna jakaś myśl przejść jej musiała przez głowę.
— Czy upadłaś albo uderzyłaś się? — zapytała z cicha, z oczami wlepionymi w ciemne piętno.
Jancia milczała jeszcze chwilę, nagle podniosła spuszczone powieki i ukazała źrenice oszklone łzami. Wciąż jednak wstrzymywała się od płaczu, drobna pierś jej pracowała gwałtownie, cienkie usteczka drżały jak listki.
— Mamo — szepnęła po chwili, chyląc się ku matce — siedziałam dziś tam, przy piecu... zimno mi było... Antoniowa niosła wodę do ognia... zaczepiła o moją sukienkę, wodę rozlała i ze złości uderzyła mię tak mocno... mocno...
Ostatnie wyrazy wymówiła bardzo cicho, głową i piersią przylgnęła do piersi matki i drżała całym ciałem. Marta nie wydała jęku ni krzyku; twarz jej wyglądała przez chwilę jak skamieniała, ale pobladłe wargi zwierały się coraz silniej i z oczu, nieruchomo zapatrzonych w przestrzeń, buchało coraz jaskrawsze, posępniejsze światło.