Ostatni wiersz pieśni brzmiał jeszcze, gdy z drogi gaj przerzynającej weszli na łąkę trzej mężczyźni. Mieli oni na sobie odświętne czarne, długie ubrania, a przepasani byli kolorowymi chustkami, które w dzień sabatu noszone zwykłym sposobem być nie mogą, ale opasując odzież część jej stanowią i grzechu nie czynią.
Pośrodku szedł ojciec kantora, Jankiel Kamionker, po obu stronach jego postępowali Abram Ezofowicz, ojciec Chaima, i morejne Kalman, ojciec Ariela.
Pomimo zmroku przy ostatnich światłach dnia ojcowie poznali synów swych, a synowie ojców. Głosy młodzieńców zadrżały, przycichły i z kolei milkły, aż umilkło całe grono śpiewaków i jeden tylko głos nie umilkł, lecz śpiewał dalej sam jeden:
Czy nie wyjdziesz już nigdy z głębokich ciemności,
Czy nie zadrżą w mogiłach ojców twoich kości
Z dumy i rozradowania?
Był to głos Meira.
Poważni mężowie przebywający łąkę stanęli i obrócili się twarzami ku skupionej w gaju gromadce młodzieńców, a w tejże chwili z samotnym głosem męskim połączył się głos kobiecy, czysty, donośny głos Gołdy, która ujrzawszy rozgniewane postacie mężów stojących śród łąki zawtórowała Meirowi, tak jakby chciała połączyć się z nim we wspólnej odwadze i we wspólnym może — niebezpieczeństwie.
I nie zważając na milczenie towarzyszy ani na groźne, ciemne postacie śród łąki stojące, dwa połączone ze sobą głosy te śpiewały dalej:
Niech nogi twe spoczną, niech rany się zgoją,