— Dobre jakieś kobiecisko, ta twoja matka... choć pijaczka... chciał-bym ja choć taką miéć!... a gdzie twój ojciec?
— Niéma, — odpowiedziała Marcysia.
— Jakto niéma? zmarł?
— Nie zmarł... tylko wcale niéma...
— No, to jakże?
I zadumał się głęboko.
— Aha! — zawołał po chwili tonem zrozumienia, — już wiem. To znaczy, że twoja matka męża nie ma.
— Aha! — potwierdziła Marcysia.
— A no, rzekł Władek, — to wszystko jedno. Bo ot, ja mam ojca... a co z niego?...
Wyciągnął się na mokréj trawie, głowę oparł o sęk, wystający z pnia wierzbowego, i westchnął głośno.