— Tracisz widzę pamięć, mój stary — rzekła z uśmiechem — zapomniałeś, że nie lubię, kiedy poczciwy sługa mego ojca i dziada nazywa mnie jaśnie wielmożną panią.

Było to zbyt wiele dla serca starego kasztelańskiego sługi; obu dłońmi pochwycił rękę Klotyldy i podniósł ją do ust.

— Moja droga, dobra pani! — wyszeptał.

— A jakże tam ma się żona twoja? — spytała Klotylda — a wnuczka twoja, Franusia, która w przeszłym roku za mojéj tu bytności za mąż wyszła, czy zdrowa i szczęśliwa?

— Żonisko zdrowe, ale biedna Franusia...

— No cóż?

— Mąż jéj, który, jeśli pani pamięta, był leśnikiem u pana M., stracił miejsce i teraz w biédzie oboje, a już i dziecko jest.

— O, toś ty już pradziadunio — zaśmiała się Klotylda. — A za cóż mąż Franusi stracił miejsce? czy pije może, albo niepoczciwie służy?

— Oj nie, pani! trzeźwy to i poczciwy człowiek, tylko, że go sobie rządzca pana M. nie spodobał.

— No, kiedy tak, to zaradzimy temu i znajdziemy mu lepsze jeszcze miejsce, niż to, które utracił. A dziecko ich czy już ochrzczone?