Alabastrowa lampa łagodnie oświecała wytworny ten pokój, zegar odzywał się z cicha, jednostajnemi tętnami, a między fałdami muślinu, rozświetlona padającym na nią promieniem lampy, jaśniała twarz Madonny.

Ku niéj skierowała się Klotylda, uklękła, złożyła ręce na piersiach i wzrok utkwiła w obrazie. Powoli wzrok ten łzą zachodził, pierś się podniosiła wzruszeniem, a usta roztwierały cichym, niedosłyszalnym szeptem modlitwy.

— Przed Tobą, o Maryo! modliła się matka moja przeczysta, do Ciebie ja, grzesznica, myśl moję posyłam. Z burz mego życia nietkniętą i ciepłą wyniosłam wiarę w Ciebie, o niepokalana! Teraz lepsza i czystsza, niż kiedy, klękam przed Tobą, niech przyszłość moja przeszłość odkupi. A Ty, Maryo, pomagaj biednemu sercu mojemu, aby w spokoju i miłości spocząć już mogło!...

W kilka chwil potém, zupełna cisza panowała w sypialni. Białe światło opromieniało ciągle twarz Madonny i drżący promień rzucało na uśpioną między fałdami muślinu Klotyldę. Owiał ją snać spokój Jodłowéj, bo spała cicho, jak dziecię, głowa jéj, strojna w koronę z warkoczy, spoczywała na białéj obnażonéj ręce, pierś lekkim oddechem podnosiła się spokojnie.

Zegar metalicznym dźwiękiem oznajmił północ, Klotylda poruszyła się, a uśpione i wpół otwarte jéj usta cichém pytaniem wymówiły wyraz: przyszłość?

W téj saméj chwili zagasła na kominku paląca się lampa, ciemność zupełna ogarnęła pokój, a w dali, z głębi jakiéjś staréj jodły, płaczliwie zajęczała złowróżbna sowa.

II. Byłażby to ta sama?

Nazajutrz po przybyciu pani Warskiéj do Jodłowéj, w mieszkaniu dzierżawcy Dembowskiego panował ten smutny ruch i zachód, który znamionuje zwykłe wejście do domu nieproszonego gościa — choroby. Pani Dembowska leżała w silnéj gorączce, a zapłakane jéj córki, zapomniawszy już o tak zajmującém je wczoraj przybyciu dziedziczki i o swoich świeżych niebieskich sukienkach, krzątały się na palcach około choréj matki i szeptały z sobą pocichu, znosząc jéj do łóżka słoiczki i buteleczki z domowemi lekami.

Magdzia wybiegała często na ganek i, ręką zasłaniając wzrok od słonecznego światła, patrzyła w stronę szerokiéj drogi, wiodącéj z N., a gdy ją pustą ujrzała, wzdychała, ocierała łzy ponsową na szyi zawiązaną chusteczką i, wróciwszy do pokoju, szeptała siostrom:

— Jeszcze nie widać doktora.