Po odejściu Marylki, powstała z otomanki, na któréj leżała, zbliżyła się ku drzwiom od ogrodu, otworzyła je i wyszła na ganek.
Noc była gwieździsta, ciepła i cicha, bardzo, wszystko już spało w Jodłowéj. Łagodne tchnienie, połączone z wonią kwitnących po klombach kwiatów, owiało Klotyldę, niby pocałunkiem powitania; nad głowami posągów zaszumiały jodły, a między zielenią myrtu i cyprysu błyskały białe wazonowe róże i kamelie.
Klotylda stała przez chwilę, zapatrzona w ciemne, gwieździste sklepienie nieba, którego szczyty jodeł dotykać się zdawały, w posągi, w kwiaty... odetchnęła szeroko, obie ręce przycisnęła do piersi i rzekła:
— Jak tu pięknie! jak wonno! jak cicho!
Oparła głowę o gałęź i stała w milczeniu. W myślach jéj przesuwać się musiały różne obrazy, bo po chwili szybkim ruchem wyciągnęła obie złożone ręce i szepnęła:
— Ojcze mój! matko moja! wyście tu żyli!
I zatopiona we wspomnieniach i rozmyślaniach, jakiemi ją owiała Jodłowa, weszła do gabinetu, stanęła przed zwierciadłem i machinalnie zaczęła rozplatać swoje warkocze.
Po chwili uśmiech zaigrał na jéj ustach; obejrzała się i rzekła do siebie:
— Ciekawam, jak się jemu spodoba Jodłowa!?
Rozplatała, splatała swoje włosy i owijała niemi głowę, jak we wschodni turban, a potém przeszła do swéj sypialni.