— Od kilku godzin, mosanie tego, ale widać go w domu nie znaleźli.

— A to nim doktor przyjedzie, ja pójdę chorą zobaczyć i może tymczasem poradzę cokolwiek, aby jéj ulgę przynieść. Idę z panem.

Mówiąc to, szybko włożyła rękawiczki, wzięła parasolkę i po chwili była z dzierżawcą na dziedzińcu.

— Bo to, widzisz pan — mówiła idąc, — gdym mieszkała w wielkich miastach, nieraz godziny całe rozmawiałam o medycynie z uczonymi doktorami i czytałam téż trochę książek, traktujących tę naukę; dla tego zdarza mi się niekiedy, w nagłéj potrzebie, tymczasową przynajmniéj dać radę choremu.

— Jakto, i pani dobrodziejka nad takiemi rzeczami łamała sobie głowę? — spytał Dembowski z pewném niedowierzaniem, spoglądając na piękną główkę, strojną w warkocze i sznur błękitny.

— A dla czegóż-by nie? — odparła Klotylda. — Przecież choć małą wiedzą w tym względzie można czasem komuś pomódz. Nie jest to zresztą nic nadzwyczajnego, bo są kraje na świecie, w których kobiety wiele się uczą i zostają naprzykład doktorami, profesorami i t. d., tak dobrze, jak mężczyźni. A i mnie bardzo często przychodziła myśl i ochota oddać się wyłącznie jakiemu naukowemu zawodowi, tylko, niestety! zawsze mi zabrakło wytrwania.

Dembowski uszom swoim nie wierzył; kobieta-doktor nie mogła się pomieścić w jego głowie.

— A to, Panie odpuść, piękni tam doktorowie: baby! — pomyślał, i dodał głośno:

— I nacóż-by to się zdało pani dobrodziejce, za pozwoleniem, mosanie tego?

— Na co? — odparłą Klotylda. — O! panie Dembowski, szczęśliwy każdy, czy to mężczyzna, czy kobieta, kto serce i umysł swój zajmie poważnemi rzeczami, nauką, pracą; bo przez to wiele dobrego innym zdziałać może i sam nierównie lepszym się staje.