W téj chwili weszli oboje do szarego domu dzierżawcy.

W bawialnym pokoju trzy panny Dembowskie, zarumienione i nieśmiałe, spotkały dziedziczkę Jodłowéj, którą nadchodzącą ujrzały przez okno.

— Dzień dobry paniom — rzekła uprzejmie Klotylda, ujmując je z kolei za ręce. — W przeszłym roku widziałyśmy się parę razy, ale króciutko; spodziewam się, że tego lata częściéj widywać się będziemy. Z góry wpraszam się do waszych młodziutkich serduszek i sama już kocham was, jako córki najzacniejszego ojca.

Elżusia i Antosia ze spuszczonemi oczyma oddały Klotyldzie nieśmiały uścisk ręki; jedna tylko Magdzia z zachwytem wpatrzyła się w jéj twarz, poczém schyliła się nagle i gorąco ucałowała jéj rękę. Klotylda podniosła jasnowłosą główkę dziewczęcia i na ustach jéj złożyła serdeczny pocałunek.

— Zaprowadźcie mnie do swojéj mamy — rzekła po chwili — nim doktor przyjedzie, może ja jéj co pomogę.

Dziewczęta zdziwione spojrzały po sobie, a piérwsza Magdzia wskazała drzwi sypialnego pokoju matki.

Klotylda stanęła przed łóżkiem Dembowskiéj, która w gorączce nie poznawała nikogo. Twarz bogatéj i świetnéj pani wyrażała w téj chwili serdeczne spółczucie i powagę. Ujęła rozpaloną rękę choréj, położyła dłoń na jéj czole i przez chwilę stała tak, pogrążona w głębokim namyśle. Potém zwróciła się do Magdzi i rzekła z cicha:

— Niech pani każe przynieść lodu; matce pani trzeba lód do głowy przykładać, inaczéj zapalenie rozwinie się szybko, nim doktor przyjedzie.

Magdzia wybiegła. Klotylda znowu zamyśliła się nad chorą, a Elżunia i Antosia szeptały między sobą:

— Jaka ona piękna!