Lucyan zatrzymał się u drzwi przez krótką chwilę i patrzył; nie znał on kobiety, którą ujrzał niespodzianie, nie wiedział kto ona, a jednak był pewny, że gdzieś, kiedyś ją widział. Twarzą jéj wywołana, stanęła w mgnieniu oka przed wyobraźnią jego ciemna głąb’ kościelnéj kaplicy i o biały filar oparta, zgięta boleścią, postać kobiety. „Byłaż-by to ta sama?” pomyślał i przypomniał sobie jeszcze, że tę samę twarz, tę samę postać kobiecą widział raz już w przeszłości... w jakimś pięknym, gorącym śnie...
Na widok wchodzącego doktora, Klotylda powstała i odeszła z Magdzią ku oknu, a pan Dembowski zbliżył się z Lucyanem do łóżka.
Lucyan badał przez chwilę chorą, a w końcu rzekł do Dembowskiego:
— Choroba nie rozwinęła się jeszcze zupełnie; mam nadzieję, że będziemy mogli zapobiedz złemu jéj kierunkowi. Ale — dodał — któż to z państwa tak trafnie zastępował mię dotąd przy choréj? Podziwiać należy niekiedy dobre przeczucie, bo przykładanie lodu do głowy niezmiernie tu było potrzebne i o wiele wstrzymało postęp choroby.
Dembowski rozjaśnił czoło i za całą odpowiedź pocałował w rękę Klotyldę.
Klotylda patrzyła ciągle na doktora, z wyrazem, który oznaczał lekkie podziwienie; zdawało się, jakby przypominała sobie także, gdzie i kiedy go widziała.
— Ja to — ozwała się w końcu, widząc, że doktor ze zdziwieniem patrzy na oznakę milczącéj wdzięczności Dembowskiego — ja to odważyłam się w nieobecności pana udzielić rady, któréj pomyślne skutki widziałam wiele razy.
Lucyan skłonił się lekko i całą uwagę swą zwrócił na chorą, obok któréj usiadł, a Klotylda z Magdzią wyszły do bawialnego pokoju i, chodząc, rozmawiały ze sobą. Prostota w obejściu się i serdeczność świetnéj pani Warskiéj tak ośmieliły wiejską dziewczynę, iż z całą naiwnością i szczerotą oddała się sympatyi, jaką poczuła do dziedziczki Jodłowéj i, trzymając jéj rękę, opowiadała o swoich zatrudnieniach, sposobie życia, sielskich przyjemnościach i t. d.
— Jak się nazywa doktor, który leczy twoję mamę? — spytała Klotylda.
— Pan Lucyan Dolewski — odpowiedziała Magdusia, a świeża, choć opalona jéj twarzyczka, zapłonęła żywym rumieńcem. Uśmiechnęła się, spostrzegłszy to, Klotylda.