— Czy pan Dolewski dawno tu mieszka? — spytała znowu.
— Zdaje mi się, że właśnie za miesiąc trzy lata się skończą od czasu, jak przyjechał do N.
Klotylda poruszyła głową, jakby namyślając się nad czémś, i szepnęła do siebie:
— Dziwna rzecz! więc chyba to nie on tam był.
— Co pani mówi? — spytała Magdzia.
— Nic, nic, moja droga. Powiedz mi, dlaczego pan Dolewski wybrał sobie miejsce pobytu w takiéj mieścinie, jak N.?
— Bo tam, proszę pani, mieszka jego matka, staruszka, któréj smutno-by było rozstać się albo z synem, albo z miejscem, w którém całe życie przepędziła. Pan Lucyan bardzo kocha swoję matkę i dla niéj pozostał w N.
— To bardzo pięknie z jego strony — odrzekła Klotylda i myślą pytała siebie ciągle: gdzie ja jego widziałam? czy to był on, czy któś do niego podobny?
Przeszło dobre pół godziny, nim pan Dembowski wyszedł z Lucyanem z pokoju choréj. Doktor poważny był i zamyślony, twarz Dembowskiego rozjaśniła się nadzieją.
— Oto jest, pani dobrodziejko — rzekł, zbliżając się do Klotyldy i wskazując jéj doktora, — nasz kochany eskulap, mosanie tego, Lucyan Dolewski, a to, Lucysiu, śliczna moja dziedziczka, pani Warska, któréj ja od lat dziewięciu jestem najpokorniejszy sługa i podnóżek, mosanie tego.