— Miło mi powitać w pani sąsiadkę — rzekł, kłaniając się Lucyan, — o ile zaś wnosić mogę z tak trafnie udzielonéj przed chwilą rady, trochę... kolegę w zawodzie medycznym.
— Gdybym była mężczyzną — odrzekła Klotylda — miałbyś pan ze mnie niezawodnie kolegę, bo w hierarchii nauk medycynę niezmiernie wysoko stawiam, a ludzi, którzy z zamiłowaniem oddają się trudnemu lekarskiemu powołaniu, bardzo wysoko szacuję. Jakże pan znajduje stan pani Dembowskiéj?
— Choroba jest dość ważna, ale środki zaradcze nie będą spóźnione. Mam nadzieję, że niebezpieczeństwo nie zagrozi choréj.
Gdy Lucyan to mówił, Magdzia z nieopisanym wyrazem patrzyła na niego. Błękitne jéj oczy, zaszłe mgłą łez na myśl o chorobie matki, wpatrywały się w twarz doktora z rodzajem wielbiącéj wdzięczności. Spojrzeniu temu towarzyszył ciągle znikający i odradzający się rumieniec. Ale ani rumieńca, ani wyrazu oczu Magdzi nie widział Lucyan, bo patrzył ciągle na panią Warską, a w myśli krążyły mu ciągle wyrazy:
— Byłaż-by to ta sama?
I Klotylda patrzyła na niego, ale inaczéj, niż Magdzia. Ciemne jéj oczy, w téj chwili bardzo czarne i migocące złotemi w głębi ognikami, wpatrzyły się w twarz doktora badawczo, uparcie, a w myśli jéj krążyło ciągle pytanie:
— Byłże-by to ten sam?
Cudowną jest gra oczów ludzkich! Kto umié w nich czytać, może z nich wysnuć całą historyą serc, minioną i przyjść dopiéro mającą. Inaczéj patrzą szczęśliwi zawsze; inaczéj ci, co wiele cierpią; inaczéj tacy, których uczucia burzliwe są i namiętne; inaczéj ci, którzy czują głęboko, ale łagodnie i słodko. A zawsze dla badacza język spojrzeń wymowniejszy być może niż mowa ludzka, któréj wyrazy, według słów poety:
„W ustach wietrzeją, na powietrzu stygną”.
Po kilku chwilach rozmowy, Lucyan skłonił się lekko dwom paniom i odszedł do stołu, na którym leżały przyrządy do pisania. Spojrzenie Klotyldy szło za nim ciągle, a on, jakby pociągnięty magnetyczną jego siłą, odwrócił się i spotkał się z jéj oczyma. Wyraz twarzy jego nie zmienił się, tylko ręka, rozdzierająca papier, lekko zadrżała.