Klotylda patrzyła z zajęciem na rozumną i ożywioną twarz doktora.

— Masz pan słuszność — odrzekła po chwili namysłu. — Pod wpływem złego ustroju społecznego, ileż najlepszych usposobień psuje się i krzywi, ileż bogatych zasobów ducha upada w kał, albo przynajmniéj marnuje się bezużytecznie! A z tego wszystkiego wynika przekonanie, iż największém nieszczęściem ludzi są... klatki.

— Straszniejsze stokroć od owych klatek żelaznych krwawéj pamięci Ludwika XI — rzekł, uśmiechając się, Lucyan.

W téj chwili podjęto portyerę i we drzwiach stanął Ignacy, oznajmując podany obiad.

Niewielki stolik nakryty był na ganku od ogrodu, między drzewami pomarańcz, myrtu, kwitnących datur i kamelii.

Oboje młodzi ludzie zasiedli do stołu, nieco wzruszeni i zamyśleni. Nie chcąc i sami nie wiedząc o tém, wypowiedzieli sobie wzajem skryte udręczenia swoje; jedno drugiemu poruszyło struny, na dnie ich piersi drgające.

Tak na instrumencie dusz ludzkich gra przeznaczeń ręka; porusza ona strunę jednego serca, aby nią głos drugiego rozbudzić, a gdy się ozwią już obadwa tony, łączy ją w wiekuistą harmonią, albo... w fałszywy akord niezgody i zawodu.

Obiad był wytworny; przy stole rozmowa między Lucyanem i Klotyldą toczyła się nieustanna.

— Dawno pan był w Warszawie? — spytała od niechcenia niby, pani Warska; ale w oczach jéj błysnęła ciekawość, z jaką zadawała to pytanie.

— Byłem tam poraz ostatni w Październiku zeszłéj jesieni.