Dziwne to serce ludzkie! Gdy jest młode, niezużyte, namiętne, wszystko niém wstrząsa. Uśmiech, spojrzenie, kwiatek podany, dotknięcie ręki czyjéjś, porusza w niém struny, które nie prześpiewały jeszcze pieśni swojéj. Drobnostka zda się nieraz rzucać w nie zaród potężnego uczucia, a ileż razy z kwiatka, którego oddanie i przyjęcie rozpoczyna dwojga serc związek, wysnuwa się długi wieniec cierniowy, mający się zakończyć kwiatem, u stóp grobowego krzyża rozkwitłym!

Po obiedzie zaraz zmrok zapadł; we wschodnim gabinecie, między zielenią wazonów, zapłonęły dwie szafirowe lampy, przeglądając się w naprzeciw stojących zwierciadłach. Uchylona portyera ukazywała salon, oblany pół-światłem, a za nim, żywiéj nieco oświetloną, bibliotekę. Zawsze tu ta sama cisza panowała w domu i za domem, ta sama woń rozlewała się po salonach, ten sam szum jodeł i daleki śpiew słowika dochodził z ogrodu.

Klotylda usiadła na otomance; błękitne światło okrywało jéj twarz przezroczystą bladością i na białą suknią rzucało smugi jakby niebieskawéj mgły.

Wyglądała jak huryska, owinięta w obłoki.

Lucyan zatrzymał się we drzwiach ogrodu i w milczeniu patrzył wokoło. Przed nim były wielkie salony, tonące w ciszy i pół-świetle, pokój wschodni pełen woni kwiatów, piękna kobieta owiana błękitnemi promieniami; za nim, na pogodném niebie, zapalały się gwiazdy, jodły szumiały, posągi bielały na mroczném tle i ciszę głęboką przerywał tylko daleki śpiew słowika.

Niech-by starożytny stoik, owinięty we wspaniałą togę powagi i zbrojny w stalowy pancerz hartu, znalazł się w otoczeniu takiém, a bogowie tylko wiedzą, czy nie rozmarszczyło-by się jego zamyślone czoło, czy wyobraźnia, serce, zmysły nie zawołały-by: „teraz koléj i na was!”

Lucyan czuł się pochłonięty pięknością, upojony wrażeniami; patrzył na Klotyldę długiém, dziwném spojrzeniem i milczał przez chwilę. W końcu, czyniąc wysilenie, aby zawładnąć sobą, rzekł:

— Ten dom duży, cichy, pełen kwiatów i światła, przywodzi mi na myśl bajeczne, czarnoksięzkie pałace...

— A ja zaklętą księżniczkę, nie prawdaż? — śmiejąc się, przerwała Klotylda.

— Którą z zaklętego pałacu wywieźć ma jakiś rycerz — dodał Lucyan.